Panu Marchewce zamarzyła się hawajska koszula. Miał kiedyś taką ulubioną (z kolekcji Wojciecha Cejrowskiego), niestety niezbyt dobrej jakości materiał szybko się skurczył i poprzecierał na szwach.
Jako że znalezienie odpowiedniej tkaniny na taką koszulę graniczyło z cudem, postanowiłam zaprojektować swój własny wzór i nadrukować go na bawełnianym kretonie.
Wspólnie z panem Marchewką wybraliśmy wykrój o numerze 132 z Burdy 4/2008 - model ze wszystkimi bajerami - kołnierzykiem na stójce, kieszenią z klapką, mankietami, szerokim podłożeniem i zapinanymi rozporkami. Co najlepsze, już po próbce okazało się, że nie wymaga on żadnych przeróbek! Albo pan Marchewka jest taki wymiarowy, albo Burda naprawdę przykłada się do męskich wykrojów.
Całość zszywało się ekspresowo, choć gęsto tkany i nieco rozciągliwy kreton wymagał użycia igły do dzianin. Największy problem stanowiło stębnowanie wielokrotnych złożeń przy stójce - igła albo nie łapała ściegu, albo nie przebijała tkaniny, ślizgała się i łamała.
Wspólnie z panem Marchewką wybraliśmy wykrój o numerze 132 z Burdy 4/2008 - model ze wszystkimi bajerami - kołnierzykiem na stójce, kieszenią z klapką, mankietami, szerokim podłożeniem i zapinanymi rozporkami. Co najlepsze, już po próbce okazało się, że nie wymaga on żadnych przeróbek! Albo pan Marchewka jest taki wymiarowy, albo Burda naprawdę przykłada się do męskich wykrojów.
Całość zszywało się ekspresowo, choć gęsto tkany i nieco rozciągliwy kreton wymagał użycia igły do dzianin. Największy problem stanowiło stębnowanie wielokrotnych złożeń przy stójce - igła albo nie łapała ściegu, albo nie przebijała tkaniny, ślizgała się i łamała.
Ostatecznie wszystkie przeciwności krawieckiego losu udało się pokonać i pan Marchewka śmiga już w nowej koszuli!
To pisałam ja, Marchewkowa.
***
Kiedy w naszym Olympusie padł podstawowy obiektyw, zrozumieliśmy, że czas pomyśleć o nowym aparacie. Oczywiście można było kupić tylko nowe szkło, ale zważywszy, że migawka miała już na koncie ponad 30 000 kliknięć, oznaczałoby to, że za jakiś czas i tak trzeba będzie wymienić korpus - i znów męczyć się z interfejsem Olympusa, który uważam za absolutnie koszmarny i skrajnie nieprzyjazny użytkownikowi.
Zatem nowy aparat. I całkiem nowa filozofia.
Wielokrotnie pytano nas w komentarzach, jaką lustrzanką robimy zdjęcia. Otóż żadną. Zawsze uważałem, że moje skromne umiejętności absolutnie nie uzasadniają zakupu lustrzanki, a teraz zrezygnowaliśmy nawet z wymiennych obiektywów.
Dlaczego? A po co nam różne szkła?
Wszak aparat służy głównie do robienia zdjęć na bloga - jednego rodzaju zdjęć. W czasie całej kariery naszego Olympusa teleobiektyw założyłem raptem parę razy, zaś obiektywu do zdjęć portertowych jakoś nigdy nie kupiliśmy. Żeby tak można było kupić aparat, który obiektyw do zdjęć portertowych ma w zestawie, pomyślałem... i przypomniałem sobie, że kiedyś czytałem o aparacie kompaktowym, który jest używany przez profesjonalistów. Niektórzy uważają go nawet za najlepszy na świecie albo ogłaszają następcą Leiki.
Ten aparat to Fujifilm X100S. Nasz nowy aparat. Co zdecydowało, że wybraliśmy właśnie jego?
Po pierwsze, aparat musiał mieć dobrą optykę. Nie jestem specjalistą i musiałem się zdać na opinie fachowców - i ich zamieszczone w internecie zdjęcia. Jedno i drugie świadczyło na korzyść kompaktu Fuji.
Po drugie, musiał być prosty w obsłudze. Po co mi aparat z mnogością ustawień, z których nigdy nie skorzystam, bo ukryte są w gąszczu nieczytelnych menu (do ciebie piję, Olympusie)? Tu za X100S przemawiała cudowna możliwość ustawienia wszystkiego pokrętłami, niczym w starych Zenitach czy Zorkach.
Po trzecie wreszcie, musiał być solidnie wykonany. Tu wszystko mówi napis "Made in Japan" na obudowie.
A jak to się sprawdziło w praktyce? Co prawda musimy się go jeszcze trochę pouczyć, jednak Fujifilm X100S już zachwyca. Solidnością wykonania przypomina czołg (z wyjątkiem dość tandetnie wyglądającego i niczym nieumocowanego dekielka), w dłoni leży idealnie, łatwość zmiany ustawień sprawia, że w końcu chce mi się z nimi eksperymentować, zaś jako bonus otrzymujemy niesamowitą (w porównaniu z poprzednikiem) szybkość reakcji, świetne rozmywanie tła oraz absolutnie cudowny celownik optyczny. Czego chcieć więcej? Chyba tylko więcej światła - bo X100S pożera je zachłannie - i czasu na pstrykanie i pozowanie.
To pisałem ja, pan Marchewka.
[kliknij, aby powiększyć]
Aparat Fujifilm X100S: f/2, 1/52 (auto), ISO:200, EV: od 0.0 do +0.3
Aparat Fujifilm X100S: f/2, 1/52 (auto), ISO:200, EV: od 0.0 do +0.3
PL
Hawajska koszula: uszyłam panu Marchewce (Burda 4/2008, #132)
Tkanina: narysowałam sobie wzór, a wydrukowany został przez CottonBee
Spodnie i buty: Lidl (bieżąca kolekcja)
Koszula uszyta maszyną Juki HZL-F600.
EN
Sewn with Juki HZL-F600.
Koszula uszyta maszyną Juki HZL-F600.
EN
Hawaiian shirt: made by me (Burda 4/2008, #132)
Fabric: designed by me, printed by CottonBee
Trousers and shoes: LidlSewn with Juki HZL-F600.













