8 października 2014

Im dalej, tym Gozo (wyprawa na Maltę, część 2)

10 raz(y) skomentowano
Od początku zakładaliśmy, że prócz głównej Malty, chcemy również zwiedzić Gozo, polecaną jako plażowa atrakcja turystyczna. Wynajęliśmy więc tzw. apartamenty na obu wyspach i spędziliśmy 4 dni na Gozo i ponad 5 na Malcie. Niestety, taki podział wakacyjnego czasu okazał się nienajszczęśliwszym pomysłem...
Ale od początku.

Po przylocie na Maltę udaliśmy się na najbliższy przystanek autobusowy i zapakowaliśmy do autobusu X1. W ciągu półtorej godziny dowiózł on nas do miejscowości Ċirkewwa, skąd odpływał prom na Gozo. Podróż promem trwała kilkanaście minut. Co ciekawe, maltańskie promy są dwustronne, czyli nie wykonują zwrotów w porcie. Znacznie skraca to czas rejsu. Już na Gozo kupiliśmy tygodniowe bilety na komunikację miejską i autobusem 301 ruszyliśmy do stolicy wyspy, czyli Victorii (zwanej kiedyś Rabatem). To z niej wyjeżdżają wszystkie autobusy, które są nas w stanie dowieźć do każdego brzegu wyspy.

Jako że nasze zakwaterowanie znajdowało się w miejscowości Xlendi (czyt. Szlendi), przesiedliśmy się do 306. Podróż od lotniska trwała ok. 3 godzin, nie wliczając w to czekania, bo tego właściwie nie było.

W Xlendi:
Gozo happened! 
 [kliknij, aby powiększyć]

Popularna zabudowa:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Wbrew wyczytanym w sieci zachwytom błękitnym morzem i klimatycznymi rybackimi mieścinami, Gozo w pierwszych dniach rozczarowało nas bardzo.

Po pierwsze - brudem. Okazało się, że gozoańczycy pod względem ekologii pozostają jakieś 20 lat w tyle za wrocławianami. Każda kamienista plaża usłana jest niedopałkami papierosów, zmiętoszonymi papierami i plastikowymi butelkami. Każde puste miejsce między domami wypełniają kartony, resztki jedzenia i zużyty sprzęt AGD. O ile to pierwsze można zrzucić na turystów (chociaż można by po nich sprzątać, prawda?), o tyle to drugie to już zdecydowanie miejscowi. Kulminacją szoku estetycznego była wizyta w cytadeli w wyspostołecznej Victorii. Średniowieczna twierdza ma status rezerwatu przyrody, tymczasem chronione rośliny pną się tu ku słońcu między starymi oponami.

Widok na Victorię z Cytadeli:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć] 

Piękne uliczki wewnątrz Cytadeli i remont:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

Po drugie - trudnością w poruszaniu się. Owszem, autobusy miejscowe są niezwykle punktualne, a kierowcy mili i pomocni (tego we Wrocławiu nie dają!). Co z tego jednak, skoro autobusy te jeżdżą rzadko, zaś na piechotę można dostać się tylko do najbliższych miejsc. Oboje uwielbiamy przemierzać marszem duże odległości, ale na Gozo jest to niemożliwe - chodników i ścieżek brak, wąskie drogi, gdzie można iść tylko poboczem obok mknących samochodów (a mają tam ruch lewostronny), zniechęcają do spacerów, kiedy zaś próbowaliśmy gdzieś dojść bezdrożami, zaraz drogę zastępowały nam skały, klify i przepaście (może byłyby do pokonania, gdyby Marchewkowa posłuchała rady pana Marchewki i nabyła przed wyjazdem sportowe buty).

Po trzecie - brakiem infrastruktury. Wygląda na to, że Gozo dostało rozwojowego kopa dopiero parę lat temu, kiedy Malta weszła do UE - i to widać. Cała wyspa to jeden wielki plac budowy. Z jednej strony oznacza to, że robotnicy, hałasujące maszyny oraz budowlany brud i bałagan przeszkadzają w zwiedzaniu (np. wspomnianej victoriańskiej cytadeli). Z drugiej - w mniejszych miejscowościach (jak Xlendi, gdzie mieszkaliśmy) nie ma choćby jednego sklepu (sic!) - nie licząc tych z turystycznym badziewiem, a jeżdżenie po wodę do Lidla w Victorii (a właściwie wsi Xewkija, która zrosła się już ze stolicą wyspy) jest cokolwiek uciążliwe (patrz powyższe uwagi o komunikacji).

Czyli beznadzieja? Na początku tak pomyśleliśmy. Na szczęście Gozo pokazało się nam też z jaśniejszej strony. I choć (spoilers!) do Malty się naszym zdaniem nie umywa, to jednak wyjeżdżaliśmy zadowoleni, a wiele widoków i zdarzeń bardzo ciepło zapisało się w naszych wspomnieniach. Oto kilka najważniejszych z nich.

Skaliste piękno

Na pewno zapamiętamy na długo wycieczkę na xlendijskie klify oraz spacer schodami do otwartej na zatokę małej groty przy porcie w Xlendi.

Na klify wybraliśmy się troszkę niefortunnie - w jeden z najgorętszych dni. Dzięki temu mieliśmy okazję zrozumieć, jak czują się bohaterowie książek podróżniczych, umierający na pustyni. I mimo kremów z najwyższym filtrem (SPF 50), nie udało nam się uniknąć opalenia. Ale warto było!

Sama droga jest niezwykle malownicza - podąża przez kamienny mostek nad wąwozem, w górę wśród skrzeczących cykadami krzewów, aż do średniowiecznej wieży strażniczej (wraz z mostkiem wybudowanej przez rycerzy zakonu św. Jana), skąd można zejść w dół, by z bliska podziwiać rozgrzane słońcem płyty piaskowca, w których aż roi się od skamieniałych muszli, skorup jaj i żyjątek. Nasz wewnętrzny paleontolog był bardzo zadowolony ;].  Piaskowiec płynnie przechodzi tam w skałę wapienną, w której to wycięto saliny, czyli misy, w których zbiera się sól morska. Można je spotkać na obu wyspach i są stale używane od setek lat. Prócz płytkich mis w skale wykuto baseniki, w których zbiera się solanka.

Widok na klify:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć] 

Mostek:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]
 
Wieża strażnicza wybudowana w XVII w.:
 Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

Saliny: 
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

Piaskowiec widziany z klifu: Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

I zawartość piaskowca:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

Już na piaskowcu:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

Cieplutko było:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

Spodenki i kapelusik w koślawe kwiatki dają radę:
Gozo happened!
 [kliknij, aby powiększyć]

Pan Marchewka testuje saliny:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

I basenik:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Przedostatniego dnia na Gozo postanowiliśmy sprawdzić, dokąd prowadzą wspinające się po przyportowych skałach w Xlendi schody. Mieliśmy nadzieję na ładny widok z góry, ale w pakiecie dostaliśmy znacznie więcej. Wejście na ścianę klifu prowadzi do zejścia, które kończy się częściowo zalaną jaskinią, a właściwie jaskińką (która należała kiedyś do Caroline Cauchi - bogatej kobiety z Victorii). Mimo, że jest naprawdę niewielka, warto ją odwiedzić, bo widoki z niej są wprost przepiękne. 

W jaskini Karoliny:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]
 Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Widok ze schodów prowadzących do jaskini:
Gozo happened!  
[kliknij, aby powiększyć]

W drodze powrotnej na murku z piaskowca odkryliśmy tablicę upamiętniającą 26-letniego mężczyzny, który zginął w 2001 r., skacząc z tamtejszego klifu - i zginął bohatersko, bo ratując topiących się nastolatków, którymi opiekował się w trakcie wycieczki do Xlendi.

Tablica:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Na Gozo można jeszcze popodziwiać formacje Azure Window (formacja skalna w kształcie łuku) i Blue Hole (czyli wielka dziura wypełniona błękitną wodą). Niestety, tym razem nie udało nam się do nich dotrzeć.

Uwaga na meduzy!

Mimo brudu na plaży, morze w okolicach Xlendi jest czyste (no, chyba że sztorm przygna do brzegu śmieci - głównie plastikowe butelki) i zachęca do pływania. Pan Marchewka z zachęty skorzystał już pierwszego dnia wieczorem, zaraz po przyjeździe i zakupach w Lidlu. A ja oczywiście chwyciłam za aparat, aby ten doniosły moment udokumentować.

Pan Marchewka wskoczył do wody:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Spotkanie z tymi stworzeniami zdarzyło nam się tylko raz w trakcie pobytu w Xlendi. Na szczęście wypatrzyliśmy je przed wejściem do wody (zwykle pływają tuż pod powierzchnią i są dobrze widoczne) i dzięki temu uniknęliśmy bardzo bolesnych poparzeń. Warto pamiętać, że jeśli taki poparzenie już się zdarzy, to należy je przepłukiwać wyłącznie słoną wodą, zaczerwieniania lekko zdrapać (na przykład kartą kredytową) i posmarować maścią ze sterydami. Najlepiej zaopatrzyć się w nią jeszcze przed wylotem, gdyż wymaga recepty.

Uwaga! Na meduzy można mieś uczulenie i może się ono skończyć wstrząsem, więc naprawdę warto mieć się na baczności.

Mimo niedogodności popływać na Malcie warto! Woda ma tu bardzo przyjemną temperaturę - nie jest tak ciepła jak w Chorwacji, ale człowiek nie marznie jak w Bałtyku. Zasolenie jest duże. Jeśli w wodzie nie wykryje się meduz, pływać można również po zmroku (co też czyniliśmy), bo innych groźnych dla ludzkiego zdrowia zwierząt raczej tu nie znajdziemy.

Tu spotkaliśmy meduzy:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Kotozo

Gozo należy do kotów. Koty są tu wszędzie i to one są właścicielami mieszkających tu ludzi, a nie odwrotnie. Zalegają na każdym murku, pod każdym samochodem (kierowca, który chce odjechać, musi najpierw kota poprosić o udanie się w inne miejsce) i przy restauracyjnych stolikach, wylegują się na parapetach... Nie są to jednak zwykłe dachowce. Większość wygląda na mieszańce z kotami rasowymi - są wielkie, puszyste i nienażarte. Nieopatrzenie poczęstowaliśmy jednego osobnika kawałkiem sera. Przychodził potem co wieczór - drapał w drzwi, miauczał, podskakiwał do okna, a potem... zaprosił kolegów.

Innym zwierzęciem charakterystycznym dla wyspy są cykady (Magicicada), które wydają dźwięki podobne do spryskiwaczy albo urządzenia elektrycznego o dużej mocy.

Kolega pana od sera:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Kulinarna rozkosz

Prawdziwą kulinarną perłą Xlendi jest Il-Kċina Ghawdxija - restauracja z tradycyjnym gozoitańskim jedzeniem. Wybraliśmy się tam późno, bo w przeddzień wyjazdu. Od razu zamówiliśmy maltańską kawę (jak wcześniej wspominaliśmy - podają ją bez mleka, ale z kardamonem), serwowaną w emaliowanych kubkach, ravioli z owczym serem dla pana Marchewki oraz ftirę (pulchną, zawijaną pizzę) z tym samym serem, ziemniakami i jajkami. W roli czekadełka zaserwowano nam kolejny owczy serek, maltański chleb i trzy sosy - z zielonych pomidorów, z pomidorów i papryki oraz pastę z fasoli. Dania główne dotarły do nas po około 45 minutach czekania, z czym nie mieliśmy żadnego problemu, bo wszystko jest robione domowo i na miejscu. Jedzenie było świeże i wyborne, a porcje wprost ogromne. Spokojnie mogliśmy najeść się jedną, więc “większa połowa” mojej ftiry została zapakowana na wynos. Oboje uwielbiamy taką kuchnię i dla niej moglibyśmy na Malcie mieszkać.

Spore czekadełko:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Ravioli:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Muzyczne pożegnanie

Najedzeni, postanowiliśmy się oddać rozkoszom ducha. Szczęśliwie obchodzono akurat Światowy Dzień Turystyki i prócz bicia rekordu na najdłuższe maltańskie ciasto (i my je jedliśmy - pyszne!) obchodzono go koncertem jazzbandu z towarzyszeniem dwojga śpiewaków. Po koncercie dla wczasowiczów nie spodziewaliśmy się niczego wielkiego - a tu spotkało nas wielkie zaskoczenie. Zażywny i postawny Maltańczyk wykonywał piosenki Presleya (a koncert odbywał się u wylotu Elvis Presley Blvd.) w sposób, jakiego nie powstydziłby się sam Król, a i ruszał się jak Jag... eee, jak Elvis. Jego estradowa partnerka nie pozostawała w tyle - głębi głosu mogłaby jej pozazdrościć niejedna czarnoskóra wokalistka.


Podsumowanie

Jeśli nie jedzie się na Gozo, żeby nurkować (a profesjonalny sprzęt można tu wypożyczyć na każdym kroku), to dwa dni w zupełności wystarczą, aby “oblecieć” miejscowe atrakcje. Wbrew pozorom i reklamom wyspy, wcale nie znajdziemy tu spokoju i ciszy - turyści i prowadzone budowy odebrały wyspie tę właściwość. Co jednak nie oznacza, że Gozo w ogóle nie warto zobaczyć. Bo warto! I my cieszymy się, że nie została pominięta w naszych planach. Zamierzamy ją również odwiedzić w przyszłym roku.

Rosnący tu jak chwast fenkuł włoski, czyli koper włoski (przez niego wszystko pachnie anyżem):
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]

Zachód słońca nad zatoką Xlendi:
Gozo happened!
[kliknij, aby powiększyć]


W kolejnej notce udamy się już na samą Maltę. Stay tuned! 

W poprzedniej notce znajdziecie informacje na temat kosztów takiej wyprawy. 

5 października 2014

This is Malta! (wyprawa na Maltę, część 1)

18 raz(y) skomentowano
23 września wyruszyliśmy z panem Marchewką na nasze pierwsze wspólne nadmorskie wakacje. Lot i zakwaterowanie mieliśmy załatwione już od połowy lipca i odliczaliśmy tylko dni. Aby podzielić się z Wami naszymi wrażeniami, postanowiliśmy napisać kila notek na temat pięknych maltańskich wysp (w jednej notce nie da się wszystkiego zmieścić, szczególnie że zdjęć mamy tony). A nuż zawarte w nich informacje przydadzą się osobom wybierającym się tam na urlop!

Oto więc pierwszy z tych wpisów. Na początek trochę ogólników i to, co podróżnych zawsze napawa największym niepokojem (nas napawało, z braku informacji w sieci), czyli kwestie finansowe!

Zamieszczone w tekście zdjęcia panoramiczne są klikalne - powiększajcie je, żeby w pełni docenić rozmach maltańskich widoków.

Jak dotarliśmy na Maltę

Z Wrocławia (jak i z Krakowa) na Maltę można dotrzeć tanio i szybko - Ryanairem. Bilety w dwie strony dla dwóch osób kosztowały nas niecałe 900 zł - w tym opłata za wybór miejsca. Jeśli komuś nie zależy na konkretnym miejscu, na przykład koło współtowarzysza lub przy oknie, na maltańskie wyspy doleci jeszcze taniej. W naszym przypadku byłoby to poniżej 800 zł.

O Ryanairze czytaliśmy wiele złego - a to że w samolotach ciasno i nogi drętwieją, a to że zbyt rygorystycznie podchodzą do bagażu podręcznego, a to że piloci fatalni… Na szczęście nasze doświadczenia są całkowicie odmienne. Co prawda moje problemy ze zmianami wysokości i ciśnienia sprawiły, że pokład samolotu chciałam opuścić tuż nad Alpami (i tu mogę ponarzekać na Ryanaira - nie pozwalają wysiąść ;]), ale pan Marchewka był bardzo zadowolony. Uważa, że to jedne z najlepszych lotów w jego życiu, a lot na Maltę był jego trzynastym.

Jedyne, do czego trzeba przywyknąć w przypadku tanich linii lotniczych, to stewardessy i piloci zajmujący się akwizycją jedzenia, perfum i... zdrapek. Polecamy zabrać dobrze izolujące od otoczenia słuchawki - my nie mieliśmy i żałujemy.

Spory problem w samolotach stanowią natomiast współpasażerowie, którzy nie potrafią się zachować (bez ustanku przemieszczają się po samolocie, krzyczą, śpiewają, bawią się w DJ-a bez słuchawek, zastawiają przejścia, a miejsca na większy bagaż blokują torebkami, które powinny trafić pod siedzenia) i nie reagują na upomnienia stewardess.

Przylatujemy (pod nami port):
Malta happened
Fot.: pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć] 

Gdzie zamieszkaliśmy

Od początku planowaliśmy odwiedzić obie wyspy - spędzić 4 noce na Gozo i 5 nocy na Malcie (na miejscu okazało się, że nie był to do końca dobry pomysł, o czym w kolejnych notkach). Zakwaterowanie znaleźliśmy przez Airbnb (jeśli zarejestrujecie się na stronie po kliknięciu w tę linkę, otrzymacie zniżkę na wybrany pobyt - i my również!). Oferty były tam nie tylko najtańsze, ale i najpewniejsze (podróżujący wystawiają opinię gospodarzom). Mimo że Airbnb nie cieszy się jednoznacznie pozytywną opinią, oba miejsca (w Xlendi na Gozo, i Gżirze na Malcie) spełniły nasze oczekiwania, a gospodynie urzekły uprzejmością i chęcią pomocy. Hotele się nie umywają!

Za dziewięć noclegów na obu wyspach zapłaciliśmy około 1200 zł. Oczywiście może być jeszcze taniej, jeśli nie ma się nic przeciwko zamieszkaniu w apartamencie dzielonym, w pokoju u gospodarzy lub jedzie większą grupą.

Co było po przylocie

Jeszcze na maltańskim lotnisku nabyliśmy dobowe bilety na komunikację miejską. Jeden taki bilet kosztuje 1,5 €, zaś siedmiodniowy 6,5 €, czyli o połowę mniej niż we Wrocławiu. Trzeba jednak pamiętać, że bilety z Malty nie obowiązują na Gozo i odwrotnie.

Autobusem udaliśmy się do miejscowości Ċirkewwa na zachodnim wybrzeżu wyspy (podróż przez całą wyspę - choć przecież miniaturową - trwała prawie 1,5 godziny), gdzie wsiedliśmy na prom na Gozo. Przeprawa w dwie strony kosztuje zaledwie 4,65 € (przy czym wracać nie trzeba tego samego dnia, ma się na to... rok - my wróciliśmy po 4 dniach).

Prom Malta-Gozo:
Malta happened, wakacje na Malcie, koszty, ile euro zabrać ze sobą, ile kosztuje jedzenie, Gozo, prom, morze, podróż, lot, Ryanair, ceny biletów lotniczych na Maltę, wylot z Wrocławia, urlop, wycieczka, plaże, tradycyjne jedzenie
Fot.:pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć] 

Tuż po zakwaterowaniu w Xlendi ruszyliśmy na zakupy do Lidla, w którym ceny nie odbiegają szczególnie od naszych (a może nawet są niższe!). Za zakupy spożywcze na kilka dni daliśmy 26 €.

Średnio dziennie wydawaliśmy 25 €/2 os. W tę kwotę wchodziły nie tylko zakupy w Lidlu, ale jadanie na mieście (często, choć nie codziennie i prawie bez alkoholu, pan Marchewka tylko dwa razy nabył sobie wodnistego miejscowego lagera, Csisk) i muzea (wejściówki zwykle kosztują 5 €/os.).

Dla przykładu ceny konkretnych produktów:
Espresso - od ok. 1,10 €
Cappuccino - od ok. 1,50 €
Pizza na wynos - 4,50 € (Margherita) - 7,00 € (na wypasie)
Lokalne ciastka/paszteciki z ulicznego straganu - 0,50 - 1,00 €
Ftira w restauracji z lokalnym jedzeniem na Gozo - 8,75 € (porcja dla dwóch osób*)
Dorsz (cod) lub łupacz (haddock), w całości w panierce - 5,50 €
Frytki do tegoż rybska - 2,20 €
Świeża ryba - od 10 €/kg
Woda mineralna (Lidl) - 0,25 - 0,29 €
Woda mineralna (sklepik przy porcie) - 1 - 1,50 €
Kawa rozpuszczalna (Lidl) - 2,59 €
Sok owocowy z koncentratu (Lidl) - 0,95 €
Bagietka (Lidl) - 0,65 €
Herbata zielona w saszetkach (Lidl) - 0,89 €
Chipsy (Lidl) - 0,75 €
Wielka** paczka włoskich krakersów (Lidl) - 1,09 €
Pomidory (Lidl) - 1,69 €/kg

* Nieopatrznie zamówiliśmy ją tylko dla Marchewkowej. Pani kelnerka sama przyznała, że nikt nie daje ftirze rady i zapakowała nam resztę na wynos. Pożywiliśmy się oboje jeszcze następnego dnia.
** Starczyła nam na cały wyjazd, zabieraliśmy je ze sobą jako podręczną rację żywieniową na każdą wyprawę.

Klify w Xlendi (Gozo):
Malta happened, wakacje na Malcie, koszty, ile euro zabrać ze sobą, ile kosztuje jedzenie, Gozo, prom, morze, podróż, lot, Ryanair, ceny biletów lotniczych na Maltę, wylot z Wrocławia, urlop, wycieczka, plaże, tradycyjne jedzenie
Fot.: pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć] 

Piaskowiec w Xlendi (Gozo):
Malta happened, wakacje na Malcie, koszty, ile euro zabrać ze sobą, ile kosztuje jedzenie, Gozo, prom, morze, podróż, lot, Ryanair, ceny biletów lotniczych na Maltę, wylot z Wrocławia, urlop, wycieczka, plaże, tradycyjne jedzenie, Airbnb, zakwaterowanie
Fot.: pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć] 

Krótko o klimacie

Pod koniec września i na początku października na Malcie panuje bardzo przyjemne lato. Temperatury w ciągu dnia wahały się między 26 a 31 stopni, co nie tylko pozwalało na pływanie, ale i swobodne, niemęczące zwiedzanie wysp. Wilgotność powietrza jest ogromna (ok. 90%) i zwiększa odczucie ciepła, ale szybko się do niej przyzwyczailiśmy.

Trzeba tu jednak wspomnieć, że większa z wysp ma problem ze spalinami. Na małej powierzchni jest stosunkowo dużo samochodów, a o katalizatorach mało kto słyszał (część z aut wprost doprasza się o złomowanie). Przed smogiem można na szczęście ratować się ucieczką w głąb wyspy (gęste zabudowania obejmują przede wszystkim wybrzeża) lub na plażę.

Cytadela w Victorii (Gozo):
Malta happened, wakacje na Malcie, koszty, ile euro zabrać ze sobą, ile kosztuje jedzenie i zakwaterowanie, Airbnb, Gozo, prom, morze, podróż, lot, Ryanair, ceny biletów lotniczych na Maltę, wylot z Wrocławia, urlop, wycieczka, plaże, tradycyjne jedzenie
Fot.: pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć] 

Widok ze stolicy Malty - Valletty:
Malta happened, wakacje na Malcie, koszty, ile euro zabrać ze sobą, ile kosztuje jedzenie, Gozo, prom, morze, podróż, lot, Ryanair, ceny biletów lotniczych na Maltę, wylot z Wrocławia, urlop, wycieczka, plaże, tradycyjne jedzenie
Fot.: pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć] 

Krótko o jedzeniu

Jedzenie na Malcie jest naprawdę pyszne! Proste, a zarazem niezwykle smaczne. Porcje zawsze są ogromne (po polskich restauracjach zaskakiwało nas to za każdym razem) i często najadaliśmy się oboje jednym daniem.

W kuchni maltańskiej dominują wpływy włoskie. Mamy tu na przykład danie podobne do pizzy, czyli ftirę. Ciasto jest bardzo grube, zawijane, a w jego wnętrzu można znaleźć przeróżne dodatki. My próbowaliśmy tę z owczym serem, ziemniakami i jajkiem. Pycha! Zjeść można również przeogromne ravioli, w których każdy Polak rozpozna pierogi ruskie - wyglądają tak samo, ale są wypełniane owczym serem. Popularnym maltańskim daniem jest królik (po maltańsku fenek, ale oznacza to też... świnkę morską) pod każdą możliwą postacią.

Na każdym rogu znajdziemy natomiast sklepiki z ciastkami i pasztecikami (pastizzi), które przywodzą na myśl kuchnię arabską. Pan Marchewka już pierwszego dnia zachwycał się bułeczką wypełnioną pastą z zielonego groszku.

Jeśli chodzi o napoje, to tradycyjną kawę podaje się bez mleka/śmietanki, ale z odrobiną kardamonu, czyli prawie po arabsku. Popularne są również napoje z migdałów oraz ichniejsza odmiana coli, czyli Kinnie - gazowany napój o smaku gorzkiej pomarańczy i ziół.

Piaszczysta plaża na zachodnim wybrzeżu Malty:
Malta happened, ceny, koszty wyjazdu, ile euro zabrać, ile kosztuje komunikacja miejska na Malcie, artykuły spożywcze
Fot.: pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć]

Wrażenia

Dziewięć dni na Malcie to zdecydowanie za mało! Z łezką w oku opuszczaliśmy to miniaturowe państwo, zachwyceni jego przyrodą, klimatem i niezwykle skomplikowaną historią.

O tym, co działo się na każdej z wysp, przeczytacie w dwóch kolejnych notkach. A na koniec - jeśli starczy nam sił - napiszemy jeszcze o maltańskich zwyczajach i różnicach kulturowych. W międzyczasie wpadnie też pewnie jakaś notka szyciowa, żeby Was tymi maltanizmami nie zanudzić.

Jeśli macie jakieś pytania, zadawajcie je w komentarzach, a my z przyjemnością odpowiemy na nie w kolejnych notkach.

Stay tuned!

Odlatujemy:
Malta happened!  
Fot.: pan Marchewka
[kliknij, aby powiększyć]