15 kwietnia 2014

Geniuszem konstrukcji być (pelerynka #1B, Szycie krok po kroku 2/2013)

22 raz(y) skomentowano
Pamiętacie sukienkę z pierwszego zdjęcia? Pewnie nie. Kupiłam ją na przecenie w H&M i na blogu zaprezentowałam tylko raz. A wszystko przez kreatywny inaczej pomysł projektanta tego modelu. 

Sukienka została uszyta z tkaniny wiskozowej, przypominającej satynę bawełnianą, co oznacza, że jest lekko rozciągliwa, miękka i śliska. Niestety, zgodnie ze szwedzką myślą technologiczną model ten podszyto twardym i nierozciągliwym poliestrem (typowo płaszczowym). Geniuszu tej konstrukcji dopełnia brak jakichkolwiek zaszewek w tejże właśnie podszewce!

Jak to trafiło na sklepowe półki? No jak?

Po pięciu latach sukienka dojrzała do przerobienia. Wyprułam z niej podszewkę i obrzuciłam odszycia. Dodatkowo odprułam podłożenie dołu, do którego doszyję pas czarnej bawełnianej satyny, dzięki czemu sukienka się nieco wydłuży. Teraz kończy się tuż przed kolanem, a w moim wieku to już nie wypada ;].

H&M dress, F/W 2009
[kliknij wybrane zdjęcie, aby je powiększyć]

Sukienka nie jest jednak główną bohaterką tej notki, a tłem dla krótkiej peleryny, którą uszyłam z kawałka cienkiej wełnianej krepy.
Do jej stworzenia użyłam wykroju, za który Burdzie należą się same pochwały - 1B (żakiet + peleryna) z Szycia krok po kroku 2/2013. Wykrój ten składa się z jednego elementu (wycinamy go dwa razy) i zawiera w sobie wdawane główki rękawów, które sprawiają, że narzutka układa się wprost idealnie i nie zjeżdża z ramion. W zwykłej Burdzie takiego wykroju do tej pory nie było!

Model ten bardzo łatwo zmodyfikować i wyposażyć w przeróżne ozdoby. Poniżej moja wersja z niewielkim szalowym kołnierzykiem:

Cape, Burda Easy 2/2013, #1b
Cape, Burda Easy 2/2013, #1b
Cape, Burda Easy 2/2013, #1b
Cape, Burda Easy 2/2013, #1b
Cape, Burda Easy 2/2013, #1b
[kliknij wybrane zdjęcie, aby je powiększyć]

  PL
Pelerynka w stylu lat '50.: uszyłam sobie, Szycie krok po kroku 2/2013, #1B
Wełna w czarno-błękitne tulipany: Rags&Silks
Podszewka: poszewka z Ikei
Sukienka w błękitne róże: H&M

  EN
50s style cape: made by me, Burda Easy 2/2013, #1B
Wool: Rags&Silks
Lining: Ikea pillowcase
Dress: H&M
Sweater clip: made by me


PS Facebook wymyśla coraz to nowe utrudnienia w dostępie do wpisów obserwowanych osób. W związku z tym założyłam profil na Instagramie. To tam znajdziecie zdjęcia z postępów w szyciu kolejnych modeli, czyli wszystko to, co nie dostało się na bloga!

7 kwietnia 2014

I Will Always Love Ju(ki) HZL-F600

22 raz(y) skomentowano
Uwielbiam testować nowe maszyny! Fascynują mnie wszystkie nowości i możliwość ich wypróbowania jest dla mnie wielką atrakcją. Kiedy poproszono mnie o wypróbowanie najbardziej wypasionej maszyny domowej japońskiej marki Juki - nie mogłam odmówić.

Juki HZL-F600 dotarła do mnie 12 marca, a więc czasu na jej pełne przetestowanie nie było za wiele (9 kwietnia odjeżdża). Jest to egzemplarz używany podczas warsztatów krawieckich - a więc nie fabrycznie nowy, co akurat mnie ucieszyło, bo miałam sposobność przekonać się, że maszyna wiele zniesie.

Mnogość funkcji sprawiła, że postanowiłam się skupić na tych, które najbardziej przydają się w trakcie szycia i wykańczania odzieży. 

Nim przejdę do ich opisania, spójrzcie, czym chwali się producent:
  • 255 ściegami do wyboru i 4 rodzajami czcionek;
  • panelem sterującym, który umożliwia łatwy i szybki wybór ściegu;
  • chwytaczem rotacyjnym;
  • niezależnym nawijaczem szpulek (szycie i nawijanie w tym samym momencie);
  • nawlekaczem igły;
  • automatycznym obcinaniem nici za pomocą przycisku lub pedału;
  • automatyczną lub ręczną kontrolą naprężenia nici;
  • precyzyjnym szyciem dziurek;
  • mocnym transportem materiału;
  • łączeniem i zapamiętywaniem wzorów;
  • perfekcyjnym pozycjonowaniem igły;
  • podwójnym oświetleniem LED;
  • płynną regulacją prędkości za pomocą suwaka i pedału;
  • regulacją docisku stopki;
  • podnośnikiem kolanowym stopki;
  • stolikiem powiększającym pole szycia.
We wnętrzu prawiedwudziestokilogramowego pudła, które do mnie  dostarczono znajdowała się maszyna w osłonie (razem ważą 12 kg, solidny plastik!) i stolik przedłużający pole szycia, którego niestety nie zdążyłam przetestować i cały miesiąc przeleżał w pudle.

Po wydobyciu maszyny moją uwagę zwróciła kieszeń na akcesoria, w którą wyposażono osłonę. Rozwiązanie to umożliwia przechowywanie najpotrzebniejszych rzeczy tuż przy maszynie. Moje dłonie od razu powędrowały w kierunku znajdującej się tam instrukcji. I tu spotkało mnie wielkie rozczarowanie. Instrukcja jest chaotyczna, źle przetłumaczona na angielski, a do tego na każdej stronie przeplatają się ze sobą cztery języki, co skutecznie utrudnia odnalezienie właściwej informacji.

Na szczęście, jak się potem okazało, obsługa maszyny jest tak intuicyjna, że żadne instrukcje nie są tu wymagane. Wszystko mamy pięknie namalowane na samej obudowie.

Juki HZL-F600

Tego samego dnia zabrałam się za szycie (nie było czasu do stracenia).

Na pierwszy ogień poszła bawełniana gabardyna (efekty szycia mogliście zobaczyć w tej notce), z którą maszyna poradziła sobie bez problemów. Szycie było szybkie (900 wkłuć/min.) i bardzo ciche. To najcichsza maszyna, na jakiej do tej pory zdarzyło mi się pracować! Podczas szycia słychać jedynie lekki szum - żadnego dudnienia czy trzaskania.
 
A jeśli już mowa o wydawanych przez Juki dźwiękach, to trzeba zwrócić uwagę na pisk wydobywające się z okolic lampki LED.  Osoby, które słyszą bardzo wysokie dzięki mogą się poczuć tym nieco zmęczone. Niby po 26 roku życia nie słyszymy tak wysokich dźwięków, ale ja należę do wyjątków (pan Marchewka nic nie słyszał).

Prędkością maszyny, podobnie jak w innych urządzeniach tego typu, sterujemy za pomocą suwaka i pedału, w którym zamontowano również automatyczny obcinacz (wystarczy nacisnąć pedał piętą)! Niestety, szycie wsteczne jest wolne i nie mamy na nie żadnego wpływu.

Juki HZL-F600

Wróćmy jednak do zalet.

Maszynę wyposażono w niezależny automatyczny nawijacz szpulki, który pozwala nam na nieprzerwane szycie nawet w trakcie jej nawijania. Z tym rozwiązaniem do tej pory się nie spotkałam i jestem nim zachwycona. Nić nawijana jest ekspresowo i z dużą precyzją, a tuż obok znajduje się obcinacz, który ułatwia szybkie zdjęcie szpulki i umieszczenie jej w chwytaczu.

Jego działanie zobaczycie na znajdującym się na dole notki filmie.

recenzja, opinia, testy, szycie, krawiectwo, maszyna do szycia, Juki HZL-F600

Pod klapką, skrywającą nici i nawijacz, znajdziemy również tabelę ze wszystkimi ściegami, wzorami (255 rodzajów) i czcionkami. Możliwości przyprawiają o zawrót głowy. Mamy tu nie tylko ściegi podstawowe (w tym ten do dzianin), owerlokowe, cerujące i zabezpieczające, ale i 15 rodzajów dziurek, ściegi ozdobne i programowalne ikonki, które można swobodnie łączyć z każdym krojem czcionek (oczywiście tradycyjnie brakuje polskich liter). Komputer zezwala nam na zaprogramowanie na raz do 70 znaków.

Całkiem sporo!

Juki HZL-F600

Wyboru ściegu dokonujemy na świetnie oznaczonej klawiaturze, a długością i szerokością płynnie sterujemy pokrętłami. Znacznie to szybsze niż klikanie przycisku.

Maksymalna długość ściegu to 5 mm, a szerokość - 7 mm.

Skoro wspomniałam już o ściegach, to dogłębnie przetestowałam ten do dzianin (3). Uszyłam nim rozciągliwą podszewkę do żakietu i sukienkę z dżerseju punto (jeszcze na blogu się nie pojawiła). Juki bez zarzutu radzi sobie z wszelkimi dzianinami - prawidłowo je transportuje i nie wciąga tam, gdzie nie trzeba. Równie dobrze wykonuje na nich ściegi obrzucające  i spokojnie może zastąpić owerloka, choć w trakcie obrzucania (ścieg nr 7) zdarza jej się zrywać nici. Niestety, nie udało mi się dojść przyczyny.

Tuż pod klawiaturą znajduje się otwór, który służy do mocowania podnośnika kolanowego stopki, czyli sporej wajchy umożliwiającej nam podnoszenie stopki za pomocą kolana, ale i łokcia czy wolnej dłoni (przy dużej ilości materiału za stopką nie zawsze mamy dostęp do klasycznego podnośnika).
Dodatek to przedziwny, ale wielce przydatny i zapewne niejedna miłośniczka paczłorkowania się nim zachwyci.

Juki HZL-F600

Tuż przy stopce tradycyjnie znajdziemy nawlekacz igły i równie tradycyjnie jest on wykonany z cieniutkiego i giętkiego plastiku, którego strach dotykać. 

Jak już wcześniej zaznaczyłam, mamy tu do czynienia z chwytaczem rotacyjnym. Zakryty jest on  przeźroczystą plastikową klapką, którą otwieramy białym suwakiem. Klapka dokładnie przylega do metalowej płytki i nie przyczynia się do zaciągnięć materiału w trakcie szycia.

A co to metalowej płytki, to zastanawia mnie obecność dwóch sporych otworów. Do czego służą? Instrukcja o nich nie wspomina, natomiast całkiem skutecznie pochłaniają szpilki, czy odkręcone igły - dlatego na czas testów musiałam zakleić je taśmą.

Juki HZL-F600

Zdejmowane ramię zawiera dwupoziomowy pojemnik na najpotrzebniejsze akcesoria, w tym na wprost gigantyczną (16 cm) i wypasioną stopę (to ta z czarnym kabelkiem) do robienia dziurek. Niestety, z braku czasu nie udało mi się jej przetestować.

Prócz stopki do dziurek znajdziemy tu 10 innych stopek, w tym kroczącą, do zamków, do obrzucania... pełen wybór!
 
Juki HZL-F600

Na poniższym zdjęciu zobaczycie testy ściegów, wzorów i czcionek. Czcionki wypadły najlepiej (równe i dobrze zabezpieczone) w porównaniu z poprzednimi maszynami z komputerem, które miałam na stanie.

Juki HZL-F600

Juki HZL-F600 to naprawdę świetna maszyna wyposażona w niesamowitą wprost ilość funkcji, które spodobają się przede wszystkim osobom szyjącym patchworki oraz wszelkiego rodzaju ozdoby. I zasłużyłaby na szóstkę, gdyby nie wada, której nie ustrzegł się producent. Jak wszystkie maszyny z komputerem i ta ma spory problem ze stębnowaniem kilku (6-8) warstw materiału - igła nie ma siły przebić materiału, nie łapie ściegu, ślizga się, a nawet łamie. Nie pomaga tu żadna regulacja.
 
Na szczęście stębnowania tylu warstw nie uprawia się na co dzień, więc Juki dostaje ode mnie solidną piątkę!

A teraz rzućcie okiem na filmik z testów:

ZALETY:
solidne wykonanie, intuicyjna obsługa, kieszeń na akcesoria w obudowie, szybka i bardzo cicha praca, automatyczny obcinacz nici w pedale, niezależny nawijacz szpulki, 255 wzorów i 4 rodzaje czcionek, bezproblemowe szycie dzianin, kolanowy podnośnik stopki, dwupoziomowy pojemik, akcesoria (w tym stopka krocząca i profesjonalna stopka do dziurek).

WADY: 
tragicznie przetłumaczona i skonstruowana instrukcja, wolne szycie wstecz, nawlekacz z miękkiego plastiku, duży problem ze stębnowanie kilku warstw materiału.

USZYTE MASZYNĄ JUKI:
spódnica z gabardyny, elastyczna podszewka żakietu, koszula pana Marchewki, sukienka z dżerseju punto (wkrótce na blogu).

4 kwietnia 2014

Hawaii 52204, czyli jak CottonBee wysłało nas na Hawaje

23 raz(y) skomentowano
Panu Marchewce zamarzyła się hawajska koszula. Miał kiedyś taką ulubioną (z kolekcji Wojciecha Cejrowskiego), niestety niezbyt dobrej jakości materiał szybko się skurczył i poprzecierał na szwach.

Jako że znalezienie odpowiedniej tkaniny na taką koszulę graniczyło z cudem, postanowiłam zaprojektować swój własny wzór i nadrukować go na bawełnianym kretonie.

Wspólnie z panem Marchewką wybraliśmy wykrój o numerze 132 z Burdy 4/2008 - model ze wszystkimi bajerami - kołnierzykiem na stójce, kieszenią z klapką, mankietami, szerokim podłożeniem i zapinanymi rozporkami. Co najlepsze, już po próbce okazało się, że nie wymaga on żadnych przeróbek! Albo pan Marchewka jest taki wymiarowy, albo Burda naprawdę przykłada się do męskich wykrojów.

Całość zszywało się ekspresowo, choć gęsto tkany i nieco rozciągliwy kreton wymagał użycia igły do dzianin. Największy problem stanowiło stębnowanie wielokrotnych złożeń przy stójce - igła albo nie łapała ściegu, albo nie przebijała tkaniny, ślizgała się i łamała.

Ostatecznie wszystkie przeciwności krawieckiego losu udało się pokonać i pan Marchewka śmiga już w nowej koszuli!

To pisałam ja, Marchewkowa.
 
***

Kiedy w naszym Olympusie padł podstawowy obiektyw, zrozumieliśmy, że czas pomyśleć o nowym aparacie. Oczywiście można było kupić tylko nowe szkło, ale zważywszy, że migawka miała już na koncie ponad 30 000 kliknięć, oznaczałoby to, że za jakiś czas i tak trzeba będzie wymienić korpus - i znów męczyć się z interfejsem Olympusa, który uważam za absolutnie koszmarny i skrajnie nieprzyjazny użytkownikowi.

Zatem nowy aparat. I całkiem nowa filozofia.

Wielokrotnie pytano nas w komentarzach, jaką lustrzanką robimy zdjęcia. Otóż żadną. Zawsze uważałem, że moje skromne umiejętności absolutnie nie uzasadniają zakupu lustrzanki, a teraz zrezygnowaliśmy nawet z wymiennych obiektywów.

Dlaczego? A po co nam różne szkła?

Wszak aparat służy głównie do robienia zdjęć na bloga - jednego rodzaju zdjęć. W czasie całej kariery naszego Olympusa teleobiektyw założyłem raptem parę razy, zaś obiektywu do zdjęć portertowych jakoś nigdy nie kupiliśmy. Żeby tak można było kupić aparat, który obiektyw do zdjęć portertowych ma w zestawie, pomyślałem... i przypomniałem sobie, że kiedyś czytałem o aparacie kompaktowym, który jest używany przez profesjonalistów. Niektórzy uważają go nawet za najlepszy na świecie albo ogłaszają następcą Leiki.

Ten aparat to Fujifilm X100S. Nasz nowy aparat. Co zdecydowało, że wybraliśmy właśnie jego?

Po pierwsze, aparat musiał mieć dobrą optykę. Nie jestem specjalistą i musiałem się zdać na opinie fachowców - i ich zamieszczone w internecie zdjęcia. Jedno i drugie świadczyło na korzyść kompaktu Fuji.

Po drugie, musiał być prosty w obsłudze. Po co mi aparat z mnogością ustawień, z których nigdy nie skorzystam, bo ukryte są w gąszczu nieczytelnych menu (do ciebie piję, Olympusie)? Tu za X100S przemawiała cudowna możliwość ustawienia wszystkiego pokrętłami, niczym w starych Zenitach czy Zorkach.

Po trzecie wreszcie, musiał być solidnie wykonany. Tu wszystko mówi napis "Made in Japan" na obudowie.

A jak to się sprawdziło w praktyce? Co prawda musimy się go jeszcze trochę pouczyć, jednak Fujifilm X100S już zachwyca. Solidnością wykonania przypomina czołg (z wyjątkiem dość tandetnie wyglądającego i niczym nieumocowanego dekielka), w dłoni leży idealnie, łatwość zmiany ustawień sprawia, że w końcu chce mi się z nimi eksperymentować, zaś jako bonus otrzymujemy niesamowitą (w porównaniu z poprzednikiem) szybkość reakcji, świetne rozmywanie tła oraz absolutnie cudowny celownik optyczny. Czego chcieć więcej? Chyba tylko więcej światła - bo X100S pożera je zachłannie - i czasu na pstrykanie i pozowanie.

To pisałem ja, pan Marchewka.


marchewkowa, pan Marchewka, blog, szycie, krawiectwo, hawajska koszula, męski wykrój, Burda 4/2008, #132, CottonBee, druk na kretonie
marchewkowa, pan Marchewka, blog, szycie, krawiectwo, hawajska koszula, męski wykrój, Burda 4/2008, #132, CottonBee, druk na kretonie
marchewkowa, pan Marchewka, blog, szycie, krawiectwo, hawajska koszula, męski wykrój, Burda 4/2008, #132, CottonBee, druk na kretonie
marchewkowa, pan Marchewka, blog, szycie, krawiectwo, hawajska koszula, męski wykrój, Burda 4/2008, #132, CottonBee, druk na kretonie
marchewkowa, pan Marchewka, blog, szycie, krawiectwo, hawajska koszula, męski wykrój, Burda 4/2008, #132, CottonBee, druk na kretonie
marchewkowa, pan Marchewka, blog, szycie, krawiectwo, hawajska koszula, męski wykrój, Burda 4/2008, #132, CottonBee, druk na kretonie
[kliknij, aby powiększyć]
Aparat Fujifilm X100S: f/2, 1/52 (auto), ISO:200, EV: od 0.0 do +0.3 

 PL
Hawajska koszula: uszyłam panu Marchewce (Burda 4/2008, #132)
Tkanina: narysowałam sobie wzór, a wydrukowany został przez CottonBee
Spodnie i buty: Lidl (bieżąca kolekcja)

Koszula uszyta maszyną Juki HZL-F600.


 EN
Hawaiian shirt: made by me  (Burda 4/2008, #132)
Fabric: designed by me, printed by CottonBee
Trousers and shoes: Lidl

Sewn with Juki HZL-F600.