26 sierpnia 2016

Segregator - level hard

15 raz(y) skomentowano
Jesteśmy przykładnymi segregatorami. Segregatorami śmieci, oczywiście! Nie zniechęcamy się, mimo że Wrocław nie ułatwia ekologicznego zarządzania odpadami - od trzech lat nie możemy doprosić się o własne pojemniki na szkło, papier i plastik i wszystko musimy wynosić do kontenerów ogólnodzielnicowych. Myjemy, gromadzimy, wyrzucamy. I choć w środku nocy pod pojemnikami przyczai się czasem ciężarówka, która wszystkie odpady zabiera zmieszane [sic!], to nadal mamy nadzieję, że coś dobrego z tej segregacji wynika.

Niestety, miasto postanowiło po raz kolejny utrudnić nam życie i wprowadzić konieczność oddzielenia odpadów odzieżowych i tekstylnych (a przynajmniej tak twierdzi lokalna gazeta). Jasne, nadające się jeszcze do użytku ubrania, pościel, ręczniki czy zasłony można bez problemu wrzucić do kontenerów PCK, których na wrocławskim Ołtaszynie nie brakuje, ale na resztę należy przygotować w domu kolejny już pojemnik. Jakoś bym to przeżyła, gdyby nie informacja, że zgromadzone odpady tekstylne należy samodzielnie wywozić do Punktów Selektywego Zbierania Odpadów Komunalnych, których we Wrocławiu mamy aż DWA. Oba na przeciwległym końcu miasta!

Wiecie jak to jest podczas szycia: odpadów tekstylnych produkuje się całkiem sporo, dlatego oczami wyobraźni zobaczyłam siebie, jadącą kilka godzin komunikacją miejską z 60-litrowym worem śmieci (mniejszego nie przyjmą).

Może miasto powinno podstawić specjalne autobusy dla wywożących śmieci tekstylne (w końcu w każdym domu takie się produkuje)? A do tego usprawiedliwiać nieobecność w pracy (PSZOK-i czynne tylko do 17:00)? ;]

Głupie pomysły władz wymagają głupich odpowiedzi. A wystarczyłby jeden kontener na kilka wspólnot i wszystkim żyłoby się lepiej.

Tymczasem na zdjęciach sukienka w brzozy, którą widzieliście do tej pory tylko na manekinie, plus nowy fryz wykonany w oparciu o zdjęcie Audrey Hepburn. Możecie go również zobaczyć na tym filmiku.

szycie, marchewkowa, krawiectwo, moda, retro, vintage, Junge Mode, stare wykroje, popelina, sewing, 50s, 60s, Audrey Hepburn haircut, fryzura, Kandara, pixie, sukienka, dress, bawełna, cotton, Wrocław szyje
szycie, marchewkowa, krawiectwo, moda, retro, vintage, Junge Mode, stare wykroje, popelina, sewing, 50s, 60s, Audrey Hepburn haircut, fryzura, Kandara, salon, uroda, pixie, sukienka, dress, bawełna, cotton, Wrocław szyje
szycie, marchewkowa, krawiectwo, moda, retro, vintage, Junge Mode, stare wykroje, popelina, sewing, 50s, 60s, Audrey Hepburn haircut, fryzura, pixie, sukienka, dress, bawełna, cotton, Wrocław szyje
szycie, marchewkowa, krawiectwo, moda, retro, vintage, Junge Mode, stare wykroje, popelina, sewing, 50s, 60s, Audrey Hepburn haircut, short hair, blogger, blog, fryzura, pixie, sukienka, dress, bawełna, cotton, Wrocław szyje, Kandara, salon
Fot.: pan Marchewka
[kliknij wybrane zdjęcie, aby je powiększyć]

PL
Szmizjerka: uszyłam sobie
Wykrój: Junge Mode, lato 1958
Materiał: bawełniana popelina, wyszukana przez Lenę w lumpeksie
Sandały: Deichmann
Kapelusz: kupiony w zeszłym roku na Malcie

EN
Shirtwaist dress: made by me
Pattern: Junge Mode, summer 1958
Fabric: cotton poplin, a gift from Lena
Sandals: Deichmann
Straw hat: bought last year on Malta

21 sierpnia 2016

Lizbona dla opornych

16 raz(y) skomentowano
Tu miała się znaleźć obszerna notka na temat Portugalii. Niestety, zrobiła się zbyt obszerna i trzeba było ją nieco ciachnąć. W końcu kolejny przewodnik nie jest nikomu potrzebny. 
 
 


W zamian postanowiliśmy wymienić dostrzeżone przez nas plusy i minusy długich, bo prawie trzytygodniowych wakacji w Lizbonie i jej okolicach.
 Jako że na wyjazd pakowaliśmy się wyłącznie w bagaże podręczne (nie nadawaliśmy żadnego bagażu do luku), postanowiliśmy nie zabierać ze sobą aparatu fotograficznego. Wszystkie zdjęcia wykonaliśmy telefonami, dlatego jakość niektórych ilustracji poniższej treści może pozostawić nieco do życzenia. 

 

 


No to lecimy (Ryanairem, z przesiadką w Warszawie)! 



Lisbon, Lisboa, summer 2016
[kliknij, aby powiększyć]

PLUS: architektura i muzea. Mimo że nabrzeże Lizbony niczego nam nie urwało - stolica Portugalii leży nad ujściem rzeki Tag (port. Tejo), a jej wybrzeże jest mocno zindustrializowane - to zabudowa naprawdę zrobiła na nas wrażenie. I choć w 1755 roku 85% Lizbony zostało zniszczone przez największe w Europie trzęsienie ziemi i tsunami,  to Portugalczycy sprawnie poradzili sobie z odbudową stolicy. Nie oznacza to jednak, że w mieście nie można znaleźć śladów tego wydarzenia. Najlepszym przykładem jest klasztor Karmelitów, którego nigdy w pełni nie zrekonstruowano (obecnie znajduje się w nim muzeum archeologiczne). Wielką odbudowę upamiętnia bogato zdobiony rzeźbami kamienny łuk triumfalny Arco da Rua Augusta, prowadzący na oblegany przez turystów i wychodzący na nabrzeże plac Praça do Comércio, czyli plac handlowy. Miłośnicy fotografii mogą sobie tutaj poszaleć! 

 



Lizbońskie nabrzeże:
Lisbon riverside
[kliknij, aby powiększyć]

Arco da Rua Augusta:
Lisbon, Arco da Rua Augusta
[kliknij, aby powiększyć]

Katedra i tramwaj:
Lisbon catedral
[kliknij, aby powiększyć]

Praktycznie każda budowla w Lizbonie i jej okolicach ma w sobie coś intrygującego - a to za sprawą artystycznych graffiti oraz azulejos, czyli szkliwionych ceramicznych płytek, które znajdowaliśmy tu na każdym kroku. Naszymi ulubionymi były zdecydowanie te pomalowane na błękitno. Co ciekawe, w mieście znajdziemy sklepy z azulejos, będącymi pozostałościami z rozbiórki starych kamienic. 

 



Kamienica pokryta azulejos, Cascais:
Lisbon, Cascais, azulejos
[kliknij, aby powiększyć]

Cascais, azulejos
[kliknij, aby powiększyć]

Ze względu na tarasową zabudowę stolica Portugalii słynie także z punktów widokowych, z których roztaczają się panoramy na pokryte czerwoną dachówką zabudowania. Zwiedziliśmy kilka - taras Santa Catarina, wieżę widokową z windą Santa Justa (z windy nie trzeba korzystać, bo na punkt widokowy można wejść za darmo od strony klasztoru Karmelitów), taras Miradouro das Portas do Sol czy dziedziniec przy cytadeli São Jorge. Rozpościera się z nich przyzwoity widok, który jednak nie oszołomił nas jakoś szczególnie. Nieoczekiwanym zwycięzcą w tej kategorii okazała się budowla, która wcale nie jest punktem widokowym: most 25 de Abril (wzorowany na Golden Gate z San Francisco). W jego przypadku możemy mówić o widokach innego kalibru, wręcz lotniczych. Na ten niecoponaddwukilometrowy most nie można oczywiście wejść, ale można go przejechać, na przykład autobusem jadącym z przystanku Praça de Espanha do malowniczej miejscowości na drugim brzegu - Costa da Caparica. Jadąc tym autobusem, zobaczymy po drodze akwedukt z XVIII w. oraz statuę Jezusa, wzorowaną na tej z Rio. 
 



Widok z tarasu pomiędzy klasztorem Karmelitów a windą Santa Justa:
Santa Justa
[kliknij, aby powiększyć]

Podróż przez most 25 de Abril:


Urokliwa zabudowa i widoki to nie wszystko, co wzbudziło w nas zachwyt, bo muzea, to jest coś, co marchewki lubią najbardziej. 

 


Muzeum Fado - bardzo nowoczesne i multimedialne muzeum, którego nie może przegapić żaden miłośnik tego rodzaju muzyki (jak pan Marchewka). Co ciekawe, historia fado jest tu ukazana w tak ciekawy sposób, że w cale nie trzeba tym miłośnikiem być. Dodatkowo można tu posłuchać fado na żywo - my trafiliśmy akurat na minikoncert - Joany Almeidy młodej, acz niezwykle utalentowanej śpiewaczki fado.   
 



Muzeum Fado:
Fado museum, music
[kliknij, aby powiększyć]

Muzeum São Jorge - zamek, a właściwie cytadela to chyba najważniejszy punkt zwiedzania dla osób, które chciałby zapoznać się dogłębnie z historią Lizbony, gdyż pierwsze budowle powstały w tym miejscu jeszcze za czasów fenicjańskich! Można tu obejrzeć nie tylko same mury cytadeli i wystawę przedmiotów wykopanych w jej okolicach, ale i niezwykle ciekawe stanowisko archeologiczne, które podzielono na pozostałości bytności Fenicjan, muzułmanów i chrześcijan. Nam udało się zwiedzić to miejsce z przewodniczką (godziny oprowadzania wypisane są na tabliczce, umieszczonej przed stanowiskiem archeologicznym). Szczególnie interesująca była opowieść o pozostałościach budowli muzułmańskich z XII wieku, nad którymi zawieszono stelaż z białymi ścianami, aby ułatwić zwiedzającym wyobrażenie sobie układu i wielkości tych domostw. 

 



Stanowisko archeologiczne:
São Jorge
[kliknij, aby powiększyć]

Muzeum morskie w dzielnicy Belem -  to niezwykle dokładny obraz podróży morskich Portugalczyków. Mamy tu nie tylko modele statków czy pamiątki wypraw Vasco da Gamy, ale i halę z prawdziwymi okazami! Łodzie, barki, łódki, hydroplany... To naprawdę warto zobaczyć. 
 



Klasztor Hieronimitów, do którego przylega budynek muzeum morskiego:
Belem, Jerónimos Monastery
[kliknij, aby powiększyć]

Muzeum morskie:
Maritime Museum
[kliknij, aby powiększyć]

Muzeum wojny w Alfamie - muzeum, które rośnie w miarę zwiedzania. Człowiek myśli, że to już koniec, a przed nim rozwijają się kolejne piętro wypełnione bronią maści wszelakiej. Mamy tu również miecz samego Vasco da Gamy! Niestety, nie wolno go fotografować. Muzeum posiada jedną wadę - część eksponatów opisana jest tylko po portugalsku, a obsługa w ogóle nie mówi po angielsku. 
 



MINUS: hałas. Zwiedzać Lisbonę jest fajnie, mieszkać w jej centrum - zdecydowanie nie. Stolica Portugalii jest najbardziej hałaśliwym z wszystkich miast, jakie do tej pory odwiedziliśmy. Do tego wąskie uliczki w centrum działają jak studnie akustyczne. Mieszkaliśmy na jednej z takich uliczek, w dodatku pod sobą mając czynną do późnych godzin nocnych (czy, jak kto woli, wczesnych porannych) pizzerię. Nie przespaliśmy spokojnie ani jednej nocy, słuchając rozmów i śpiewów oraz wędząc się w oparach marihuany. Następnym razem zdecydowanie wynajmiemy mieszkanie przy plaży na wzmiankowanym drugim brzegu, do Lisbony jeżdżąc tylko w celu zwiedzania.   

PLUS: plaże na Costa da Caparica - zdecydowanie najpiękniejsze plaże, do których z Lizbony można bezproblemowo dotrzeć komunikacją miejsko-podmiejską (autobusem z Praça de Espanha lub promem z Cais do Sodré i autobustem z Cacilhas). Dłuuuga, bo aż 15-kilometrowa plaża ma same plusy. Jest regularnie sprzątana oraz strzeżona przez ratowników, policję i straż wybrzeża. Nie trafiliśmy tu na skaliste czy porośnięte dno, a więc do pływania czy skakania przez fale nie są potrzebne buty. 

Mimo że część plaży przylegająca do miasta jest bardzo zatłoczona, to po przejściu ok. 7 km wzdłuż brzegu trafia się na wyjątkowo spokojny i luźny odcinek, czyli plażę dla naturystów (na której jednak nie ma obowiązku rozbierania się do naga). 

Kilometry te można pokonać jeżdżącą po plaży kolejką.

Pustki na plaży dla naturystów:
Costa da Caparica
[kliknij, aby powiększyć]
Costa da Caparica
[kliknij, aby powiększyć]

MINUS: plaże po stronie Lizbony. Jak nie zatłoczone i nieprzygotowane dla pływających, to brudne, jak nie brudne, to jeszcze rzeczne, a nie już oceaniczne - kolejny powód, żeby unikać tej strony wybrzeża (poza podziwianiem widoków, zwiedzaniem zabytków i muzeów). Oczywiście mówimy tu o szczycie sezonu (nie polecamy!), ale i tak wymarzone mieszkanie przy plaży lepiej wynająć na Costa da Caparica. 



Jedna z plaż w Cascais. Widok niesamowity:
Cascais
[kliknij, aby powiększyć]

Skalista plaża niedaleko
Beach
[kliknij, aby powiększyć]

PLUS: fado
, czyli muzyka, która nierozerwalnie wiąże się z historią Lizbony. I choć w XX w. podlegała ostrej cenzurze, która doprowadziła do całkowitego zakazu jej puszczania, to teraz lokale goszczące pieśniarzy Fado można znaleźć w całej Lizbonie - a szczególnie w dzielnicy Alfama. Usłyszenie tej muzyki na żywo jest naprawdę niesamowitym doznaniem, nawet jeśli nie było się jej zagorzałym fanem. 


MINUS: problemy tubylców z angielskim. Nie żeby był to problem tylko lizboński, podejrzewamy, że we Wrocławiu może być jeszcze gorzej, ale przed wyjazdem nasłuchaliśmy się, jak to łatwo dogadać się w Portugalii w języku Szekspira. Nic podobnego! Osoby znające angielski należą raczej do wyjątków i rekrutują się z młodszego pokolenia Portugalczyków. Dogadać się w języku innym niż portugalski nie można nawet w niektórych muzeach (patrz wyżej), o restauracjach nie wspominając! Tak, wiemy, że portugalski jest 7. językiem na świecie, ale jednak ten wynik zawdzięcza głównie Brazylii, a Brazylia to taka większa Portugalia ;-), więc może bez przesady?  


PLUS: Time Out Mercado da Ribeira (tuż przy dworcu Cais do Sodré)  - targ, który targiem jest bardzo niezwykłym, połączony jest bowiem z halą, która wypełniona jest mini-oddziałami najbardziej znanych i lubianych restauracji/barów/cukierni z Lizbony i jej okolic. Sprzedawane tu jedzenie jest bardzo zróżnicowane (na szczęście nie dominuje tu kuchnia portugalska ;]), smaczne i przystępne cenowo. Co najlepsze, konsumpcji można dokonywać nawet do 2 w nocy! Targ świetnie sprawdzał się po dniu pływania lub zwiedzania. 



Kulka z kałamarnicą i atramentem, a w tle z bacalhau, czyli suszonym dorszem:
Time Out Market
[kliknij, aby powiększyć]

MINUS: jedzenie poza Time Out Market. Vasco da Gama przywiózł do Portugalii przyprawy. Portugalczycy szybko sprzedali je innym nacjom i zapomnieli o ich istnieniu. Takie mamy wrażenie po skosztowaniu potraw w kilku miejscowych knajpkach. Kilku - bo zniechęciliśmy się do dalszych eksperymentów i ograniczyliśmy eskapady kulinarne do Time Out Marketu, który (choć nie cały) przeczy bezprzyprawowej regule. Jeśli, podobnie jak my, uwielbiacie kuchnię włoską i bliskowschodnią i kochacie dobrze doprawione dania, to przygotujcie się na sporo rozczarowań. Albo ograniczcie do słodyczy i Time Outu. 



Hot dog z portugalskimi mikrofrytkami:
Cascais, hot dog
[kliknij, aby powiększyć]

PLUS: dyskonty. W Portugalii mamy do dyspozycji kilka dyskontów, oferujących artykuły spożywcze i przemysłowe w bardzo przystępnych cenach.  My korzystaliśmy z trzech - Pingo Doce (czyli portugalska Biedronka), Minipreço i Lidla. Bez problemu można się tu zaopatrzyć za kwotę, która niewiele będzie przekraczała to, co wydajemy na artykuły spożywcze w Polsce. 


Przykładowe ceny: 

  • woda mineralna 1,5 l - 0,16 €
  • kawa 250 g - 1,49 €
  • chleb - 1 €
  • banany 1 kg - 0,99 €
  • lokalny ser - 2,79 €
  • duża paczka chipsów - 0,74 €
  • pasta do zębów - 0,99 € 
  • mydło - 0,50 € 

MINUS: sprzedawcy narkotyków. Są wszechobecni i niezwykle natarczywi. Na każdym większym placu można spotkać typków spod ciemnej gwiazdy (tylko mężczyzn, równouprawnienia nie zaobserwowaliśmy), którzy wpadają na przechodniów i teatralnym szeptem proponują a to marihuanę, a to kokę, a to hasz. Pół biedy, gdyby przechodzili mimo i szeptali cicho, ale oni wręcz zachodzą drogę. Kiedy na jednym placu zaczepiało nas kilku osobników, a pan Marchewka na teatralne szepty i gesty zareagował równie teatralnym kręceniem głową, niemal doszło do bitki! Smutne świadectwo tego, że w legalizowaniu narkotyków nie można zatrzymywać się w połowie procesu: albo całkowity zakaz, albo punkty sprzedaży opodatkowane i sankcjonowane przez państwo. Zezwolenie tylko na posiadanie prowadzi do rozkwitu działalności kryminalnej.  


PLUS: komunikacja, która w Lizbonie działa niezwykle sprawnie. Jeszcze na lotnisku możemy nabyć w automatach bilet wielokrotnego użytku, czyli kartę VIVA Viagem. Karta kosztuje 50 centów i można w każdej chwili doładować ją dowolną kwotą. Korzystanie z karty w autobusach, tramwajach, pociągach (na trasie Lizbona - Cascais), metrze czy na promie gwarantuje zniżki na każdy przejazd. Aha, za podróż metrem płacimy raz i przesiadamy się dowolnie! 



Podróż metrem po Lizbonie to dodatkowo doznania architektoniczne, gdyż każda stacja wygląda inaczej! Baixa-Chiado jest ogromna i wyłożona białymi kaflami, stację Oriente zdobią azulejos z superbohaterami, zaś w Cais do Sodré zobaczymy ogromnego białego królika (tak, tego od Alicji). 


MINUS: upał i brak klimy. Połączenie niezwykle niefortunne. Nie wiedzieć czemu, ale podejrzewamy, że jedynie z powodów ekonomicznych (Portugalia jest, nie ukrywajmy, biednym krajem), Portugalczycy klimatyzacji właściwie jeszcze nie odkryli. Występuje takowa w sklepach i niektórych knajpach, czasem w komunikacji miejskiej - ale już w wynajmowanym mieszkaniu rzadko ją uświadczysz. Myśleliśmy, że równoważy to morska bryza, jednak podczas fali upałów jest ona całkowicie nieobecna. Z piekielnie gorącej ulicy wraca się do rozgrzanego niczym piekarnik mieszkania (przynajmniej pranie szybko schło). Ot, kolejny powód, by unikać mieszkania w mieście latem.
 


PLUS: imprezy. Lizbona i jej okolice żyją wydarzeniami. Koncerty różnego typu są tu codziennością, a część z nich organizowana jest w nigdy nieodbudowanym klasztorze Karmelitów. Nam udało się trafić na wydarzenie dość znaczące dla miast nadmorskich, czyli The Tall Ships’ Races, którym towarzyszyła parada żaglowców z całego świata (w tym trzech polskich - Dar Młodzieży, Pogoria i Fryderyk Chopin). Co tu dużo pisać, w Lizbonie nie można się nudzić! 



The Tall Ships’ Races. Po prawej Dar Młodzieży:
The Tall Ships’ Races 2016, Lisbon
[kliknij, aby powiększyć]

MINUS: tłumy, nieprzebrane tłumy. "Worse than a Sunday night in Dublin", jak podsumował mijający nas anglojęzyczny przechodzień.  Nic dodać, nic ująć - unikać Lizbony w środku sezonu, jeśli ceni się ciszę i spokój, a celem wakacji jest pływanie i zwiedzanie, a nie nocne imprezowanie i dzienne imprez odsypianie. 


PLUS: pasmanterie i sklepy z tkaninami
. W Portugalii się szyje! I to dużo, zważywszy na to, że pasmanterie i sklepy z tkaninami mają się tu naprawdę świetnie. Asortyment naprawdę powala z nóg. Niestety, jak w każdym kraju strefy euro, można tu bez problemu zbankrutować - za plastikową klamrę do paska zapłaciłam 4,50 €.   


MINUS: pułapki na turystów. Cała Lizbona sprawia wrażenie jednej wielkiej tourist trap. Ze świecą tu szukać tu sklepów, gdzie można kupić autentyczny kawałek Portugalii, a nie spreparowaną pod turystów podróbkę. Oczywiście że tak jest w każdym „wczasowym” mieście i miasteczku, jednak to właśnie w Lizbonie szczególnie trudno było nam znaleźć miejsca nienastawione na oskubanie przyjezdnych do gołego portfela.  
 



PLUS: lody z lodziarni Santini, dostępne zarówno w pierwszym lokalu w Cascais, jak i w jednym z oddziałów, a nawet na Time Out Market (my spożywaliśmy je głównie tam). Zdecydowanie najlepsze lody, jakie jedliśmy w życiu (sic!). Jedyna lodziarnia, gdzie lody arbuzowe smakują tak naturalnie, że zastanawiasz się, dlaczego ten zmrożony arbuz nie ma pestek. Warto spróbować wszystkich smaków, zwłaszcza sorbetowych. Jednak absolutnie bezkonkurencyjny jest sorbet malinowo-limonkowy, nie bez powodu bijący tego lata rekordy sprzedaży!   


A na koniec PLUS GIGANT. Takie rzeczy się tu będą działy:


Vintage Festival, Lisbon
[kliknij, aby powiększyć]