13 września 2018

When you are king, dilly dilly, I shall be queen...

22 raz(y) skomentowano
Len i stare wykroje to połączenie idealne! Nie wiem, czy kiedykolwiek wpadłam na lepsze. Mimo że len zwykle mocno się gniecie, to zachowuje swój szlachetny wygląd, którego nie może zabraknąć modelom z lat '50. i '60. ubiegłego wieku. 

Dziś na zdjęciach zobaczycie lnianą sukienkę, która powstała w oparciu o wykrój #6483 z Burdy Moden 4/1960 - model banalny, ale i wielce atrakcyjny, bo będący podstawą różnego typu letnich zestawów (z tenisówkami wygląda równie świetnie!). I właśnie dzięki tej uniwersalności sukienka ruszyła ze mną w zeszłym miesiącu do Gdańska, gdzie nie tylko pokręciłyśmy razem korbą w Żurawiu¹ (w którym byłam pierwszy raz w życiu, choć w Trójmieście mieszka połowa mojej rodziny), ale i zawitałyśmy na festiwal filmu gatunkowego. Festiwal do udanych nie należał, ale spełniłam na nim dwa marzenia - wzięłam udział w seansie "The Room" i poznałam autora "Krainy grzybów".

No to lecimy ze zdjęciami! Zaznaczę tylko, że między fotografią z korbą a tymi z notki sukienka przeszła małą poprawkę - została zmniejszona o rozmiar (dobry minimizer robi swoje ;]).

Z paskiem: 
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, shirt dress, sheath, stare wykroje, old sewing patterns, len, linen, Zakłądy Lniarskie Orzeł
[kliknij, aby powiększyć]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, shirt dress, sheath, stare wykroje, old sewing patterns, len, linen, Zakłądy Lniarskie Orzeł
[kliknij, aby powiększyć]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, shirt dress, sheath, stare wykroje, old sewing patterns, len, linen, Zakłądy Lniarskie Orzeł
[kliknij, aby powiększyć]

Bez paska:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, shirt dress, sheath, stare wykroje, old sewing patterns, len, linen, Zakłądy Lniarskie Orzeł
[kliknij, aby powiększyć]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, shirt dress, sheath, stare wykroje, old sewing patterns, len, linen, Zakłądy Lniarskie Orzeł
[kliknij, aby powiększyć]

Tył:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, shirt dress, sheath, stare wykroje, old sewing patterns, len, linen, Zakłądy Lniarskie Orzeł
[kliknij, aby powiększyć]

🇵🇱
Szmizjerka: uszyłam sobie
Wykrój: #6483, Burda Moden 4/1960
Lawendowy len: zużyłam 2 mb, Zakłady Lniarskie Orzeł (za pośrednictwem sklepu Amstii)
Klipsy: vintage (lata '60.)
Torebka: vintage (lata '60.), Rags&Silks
Buty: CCC
Nylonowe pończochy: vintage (lata '60.)

🇬🇧
Sheath shirt dress: made by me
Pattern: #6483, Burda Moden 4/1960
Lavender linen: made in Poland by Zakłady Lniarskie Orzeł
Brooch: vintage, 1960s
Clip earrings: vintage, 1960s
Handbag: vintage, 1960s, bought at Rags&Silks
Shoes: CCC
Nylon Stockings: vintage, 1960s

¹ Drogie Gdańszczanki, spokojnie - korby nie zepsułam! ;].


5 września 2018

Po trzydziestu założeniach, czyli Burda 7111 w akcji

14 raz(y) skomentowano
Sukienkę na podstawie wykroju Burda 7111, czyli przedruku z lat '60., uszyłam tuż przed naszym czerwcowym wyjazdem do Portugalii. Nie tylko nosiłam ją tam praktycznie każdego wieczoru, ale po powrocie była ona moim dyżurnym strojem, który pasował na niemal każde wyjście. I tak to w sukience przechodziłam dwa miesiące, aż na początku sierpnia postanowiłam wymodelować ją czterema pionowymi zaszewkami (a właściwie pięcioma, bo zebrałam modelujący szew środka pleców) oraz ozdobić szlufkami z guziczkiem. I to był strzał w dziesiątkę, bo całość zaczęła wyglądać i leżeć jeszcze lepiej.

Burda 7111
[kliknij, aby powiększyć]

Po prawie trzydziestu założeniach śmiało stwierdzam, że można przechodzić całe wakacje w jednej sukience (ostatnio pociąga mnie taki minimalizm) i za każdym razem czuć się świetnie. Po tych prawie trzydziestu założeniach (oraz wielu prasowaniach i kilku praniach) stwierdzam również, że użyty przeze mnie materiał zaczął tracić kolor na złożeniach, co jest dość charakterystyczne dla barwionego na ciemno lnu i raczej nie da się temu zapobiec. W tym jednak wypadku zapobiegać nawet nie zamierzałam, bo efekt sprania świetnie komponuje się z dżinsowością tego koloru.

No to teraz skierujcie wzrok na poniższe zdjęcia i wybaczcie nieco dziki fryz - lewa strona wywija się na zewnątrz, a prawa rośnie sobie do wewnątrz i żadna z nich nie jest skłonna poddać się jakiemukolwiek modelowaniu. Całość nie odbiega jednak bardzo od trendów lat '60. :]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, Burda 7111, pattern reprint, przedruk, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, sukienka, shift dress, len, linen
[kliknij, aby powiększyć]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, Burda 7111, pattern reprint, przedruk, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, sukienka, shift dress, len, linen
[kliknij, aby powiększyć]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, Burda 7111, pattern reprint, przedruk, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, sukienka, shift dress, len, linen
[kliknij, aby powiększyć]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, Burda 7111, pattern reprint, przedruk, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, sukienka, shift dress, len, linen
[kliknij, aby powiększyć]

🇵🇱
Sukienka w stylu lat '60.: uszyłam sobie
Wykrój: Burda 7111
Len: Zakłady Lniarskie Orzeł, za pośrednictwem sklepu Amstii
Buty: Lidl
Koszyk: Zara
Klipsy: vintage (lata '50. lub '60.)

🇬🇧
1960s style shift dress: made by me
Pattern: Burda 7111
Linen: made in Poland
Shoes: Lidl
Bag: Zara
Clip earrings: vintage (1950s or 1960s)

29 sierpnia 2018

Lavender's blue, dilly dilly, lavender's green...

14 raz(y) skomentowano
Miała być jedna notka w tygodniu przez CAAAŁE wakacje! Miała być i nic z tego nie wszyło, bo na swojej drodze napotkałam przeszkody, których nie dało się ominąć. Blog musiał zejść na dalszy plan. Trudno, świat się nie zawalił, a ta przerwa pozwoliła mi odkryć, że całkiem dobrze czuję się bez pokazywania czegokolwiek w sieci ;]. I gdyby nie osoby, które dopytywały, czy żyję i szyję, nie wiem, czy bym wróciła. Nie no, przesadzam, wróciłabym, ale nie wiem, czy tak szybko.

Przejdźmy jednak do sedna.

O widocznej na zdjęciach ołówkowej szmizjerce wspominałam już w pierwszej połowie lipca (bo wtedy się za nią zabrałam!). Jest to model pochodzący z Burdy Moden 4/1960, z której to szyłam już kilkukrotnie. Tę niezbyt skomplikowaną sukienkę wyposażoną w okazały kołnierz wykonałam z cudownego lawendowego lnu, który produkują nasze rodzime Zakłady Lniarskie Orzeł. Po wykonaniu pierwszej próbki dokonałam kilku zmian, które pozwoliły mi lepiej dopasować szmizjerkę do moich potrzeb:
  • Zmniejszyłam kołnierz, bo oryginał mocno wchodził na ramiona. Dodatkowo zrezygnowałam z wkładu, aby kołnierz miękko się układał.
  • Usunęłam¹ jedną² kieszeń (była mi niepotrzebna).
  • Zwęziłam pasek i wyposażyłam go w klamrę bez bolca. Zostanie ona jednak zmieniona na klamrę z bolcem (cudowną, w kolorze lawendowym, którą przywiozłam dwa lata temu z Portugalii), jak tylko znajdę miejsce, które profesjonalnie nabije mi w pasku oczka. Niby w domu mam obcęgi do nabijania, ale nie dają one zadawalających efektów.
  • Podkroje pach wykończyłam paskami ze skosu, a nie odszyciami.
  • Boczne rozcięcia, ułatwiające poruszanie się, zamieniłam na jedno z tyłu spódnicy.
  • … i w końcu tradycyjnie guziki zamieniłam na zatrzaski.
Po dokonaniu tych wszystkich modyfikacji wyszło tak:

Przód z paskiem:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Bok z paskiem:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Tył z paskiem:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

A tak sukienka prezentuje się bez paska:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Nieco zmniejszony kołnierz:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Zapięcie na małe zatrzaski:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Pasek i listwa zapięcia:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Kieszeń:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Rozcięcie tyłu i podłożenie:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Zdjęcie oryginału z Burdy 4/1960:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, szmizjerka, ołówkowa, shirt dress, linen, len, lawendowy, lavender
[kliknij, aby powiększyć]

Sukienkę miałam już na sobie kilka razy. Nosiłam ją zarówno z paskiem, jak i bez niego, i jestem niesamowicie zadowolona. Myślę więc, że pokuszę się o wersję zimową, pod którą będzie można włożyć koszulę lub bluzkę.

🇵🇱
Szmizjerka: uszyłam sobie
Wykrój: #6483, Burda Moden 4/1960
Lawendowy  len: zużyłam 2 mb,  Zakłady Lniarskie Orzeł (za pośrednictwem sklepu Amstii)
Broszka: vintage (lata '60.)
🇬🇧
Sheath shirt dress: made by me
Pattern: #6483, Burda Moden 4/1960
Lavender linen: made in Poland by Zakłady Lniarskie Orzeł
Brooch: vintage, 1960s

PS Jeśli zamierzacie szyć z lnu, pamiętajcie o kilkukrotnej dekatyzacji materiału przed jego skrojeniem (ja wyprałam i wysuszyłam go trzy razy), w innym wypadku może dojść do tragedii ;].

¹ Ludzie usuwający kieszenie to potwory (przyp. pan Marchewka)...
² … ale asymetria zawsze na propsie (przyp. pan Marchewka).

8 lipca 2018

Dobre wytłumaczenie

24 raz(y) skomentowano
Minął ponad miesiąc od ostatniej notki, ale na wszystko mam dobre wytłumaczenie! Nie tylko wybyliśmy z panem Marchewką na urlop, ale mój komputer trafił do naprawy i powrócił z niej dopiero po naszym przyjeździe. Nie miałam więc możliwości tworzenia nowych wpisów, ale krawiecko nie próżnowałam, bo...

Przed wyjazdem do Portugalii zdążyłam uszyć sobie lnianą sukienkę na podstawie pojedynczego wykroju Burdy o numerze 7111 (przedruk z lat '60.).

Burda 7111

Ten trapezowy, zwężający się ku dołowi model, który wymaga rozcięcia ułatwiającego poruszanie się, został dopasowany szwem tyłu i skośnymi zaszewkami biustowymi. Tradycyjnie musiałam je lekko pogłębić. Sukienki nie wyposażyłam w ozdobną taśmę przy dekolcie, gdyż nie mogłam się na żadną zdecydować. Za to zastąpiłam ją dobranym kolorystycznie naszyjnikiem, po który pędziłam do sklepu dzień przed wyjazdem. Kolejną znaczącą zmianą było przeniesienie zamka z pleców na przód (rozwiązanie często spotykane w odzieży z lat '60.) I była to genialna zmiana! Zawsze marzyła mi się tak rozpinana sukienka i okazała się niezwykle praktyczna.

Co do lnu, to jego zachowanie przerosło moje oczekiwania. Nie ma to jak polska produkcja (Zakłady Lniarskie Orzeł)! Tkanina nie tylko szyła się niczym bawełniane płótno, czyli całkowicie bezproblemowo, ale w trakcie noszenia gniotła minimalnie - drobne zagniecenia, które powstawały w trakcie siadania, wyglądały miękko i estetycznie (niczym na popularnym ostatnio miękkim podwójnym muślinie). Jestem z niej bardzo zadowolona i już biorę się za szycie szmizjerki z lawendowego melanżu.

Uwaga, czysty len wymaga kilkukrotnej dekatyzacji! Swój wyprałam przed krojeniem trzy razy w 40°C. Brak odpowiedniej dekatyzacji może oznaczać katastrofę.

Ach, zapomniałabym, do kompletu doszyłam cienki paseczek, który luźno wiążę na wysokości pępka. Daje on efekt obniżonego stanu i nieco bardziej dopasowuje sukienkę do sylwetki.

A teraz rzućcie okiem na sukienkę na manekinie:

Przód bez paska (za to z naszyjnikiem):
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Burda 7111, linen, len, wykrój pojedynczy, przedruk, jeansowy, denim lniany
[kliknij, aby powiększyć]

Tył bez paska:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Burda 7111, linen, len, wykrój pojedynczy, przedruk, jeansowy, denim lniany
[kliknij, aby powiększyć]

Przód z paskiem (i naszyjnikiem):
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Burda 7111, linen, len, wykrój pojedynczy, przedruk, jeansowy, denim lniany
[kliknij, aby powiększyć]

Tył z paskiem:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Burda 7111, linen, len, wykrój pojedynczy, przedruk, jeansowy, denim lniany
[kliknij, aby powiększyć]

Podkrój pachy i szyi:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Burda 7111, linen, len, wykrój pojedynczy, przedruk, jeansowy, denim lniany
[kliknij, aby powiększyć]

Podkrój szyi i zamek:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Burda 7111, linen, len, wykrój pojedynczy, przedruk, jeansowy, denim lniany
[kliknij, aby powiększyć]

🇵🇱
Lniana sukienka w stylu lat '60.: uszyłam sobie
Wykrój: Burda 7111
Materiał: len w kolorze jeansowym, zakupiony w sklepie Amstii
Naszyjnik: Sfera

🇬🇧
'60s style linen dress: made by me
Pattern: Burda 7111
Fabric: denim blue linen
Necklace: Sfera


Edit z 9.07.2018: Ten wykrój można nadal nabyć na niemieckiej stronie Burdy - o tu.

1 czerwca 2018

Doppelgänger

16 raz(y) skomentowano
Czasem mam ochotę odetchnąć od szycia ubrań. 
Czasem mam ochotę uszyć ubranie dla lalki. 
Z resztek...

Od kilku miesięcy moja dyżurna Tilda (samą lalkę uszyła moja mama kilka lat temu) czekała na odświeżenie. Lata spędzone na przedpokojowej komodzie nieco ją przykurzyły, z jej twarzy zniknęły rumieńce i oczy, a sukienka wyblakła od słońca. Jako że w moim krawieckim pokoju walały się resztki po szyciu ostatniej sukienki (koniecznie rzućcie na nią okiem przed obejrzeniem zdjęć Tildy!), od razu wzięłam się za metamorfozę lalki. 

Tildę pozbawiłam ubrań (poza pantalonami z koronką) i włosów, a następnie wrzuciłam ją do pralki. Bez problemu przetrwała 15 minut w trzydziestu stopniach. Kiedy już wyschła, odprułam częściowo nogę i uzupełniłam nieco zgniecione już wypełnienie. Wyszyłam oczy (zamiast je namalować), zaś nowe włosy zaplotłam na szpilkach, a potem przyszyłam. Zdecydowałam się na krótkiego boba z białej włóczki. Na twarzy namalowałam różem rumieńce, a potem całość utrwaliłam lakierem do włosów.

Następnie uszyłam i wykonałam dodatki, które - jak już pewnie zgadliście - oparłam na moim zdjęciu z poprzedniej notki:
  • sukienkę uszyłam z tej samej żółtej mieszanki lnu i bawełny oraz z bawełny w muszle (niestety, zabrakło materiału w kwiaty) - nie mogła się ona oczywiście obyć bez dwukolorowych szlufek, kontrafałdy i guziczków;
  • kapelusz zrobiłam z sinamay;
  • torebkę typu shopper i buty z czubkiem - z cielisto-różowego żakardu;
  • miniatura Burdy to wydruk, rozcięty, złożony i odpowiednio sklejony;
  • podobnie telefon, który dodatkowo nakleiłam na cienki karton i pokryłam taśmą klejącą;
  • najmniejszy element, czyli metalową spinkę do włosów, zrobiłam z kawałka drucika.
I wyszło tak:

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Tilda, doll, lalka, miniatury, miniatures
[kliknij wybrane zdjęcie, aby je powiększyć]

🇵🇱
Tilda: uszyta przez mamę
Ubranka i akcesoria: moja robota
Bawełna w muszle: Color Mercado

 🇬🇧
Tilda doll: made by my mom
Clothes and accesories: made by me

21 maja 2018

OSIEM

18 raz(y) skomentowano
8 (słownie: OSIEM!!!) lat temu zdecydowałam, że będę sobie szyć ubrania.

Wszystko zaczęło się od zestawu nici i maszyny SilverCrest. I choć obsługa maszyny nie była mi obca - nauczyłam się jej jako dziecko (oboje rodzice szyli, więc taki sprzęt zawsze był w domu; nawlekania maszyny i wykonania podstawowych szwów uczono również w 4 klasie szkoły podstawowej) - to o szyciu odzieży nie miałam bladego pojęcia. Wszycie zamka, odszycia czy lamówki było dla mnie czarną magią. Nie mówiąc już o dopasowaniu wykroju do moich wymiarów!

Bez jakiejkolwiek krawieckiej wiedzy skoczyłam na głęboką wodę i od razu wzięłam się za wyprodukowanie sukienki z Szycia krok po kroku, wiosna-lato 2009. I to była świetna decyzja, bo dzięki instrukcjom dołączonym do tego wykroju nauczyłam się szyć! Z późniejszą pomocą przyszła mi nie tylko Burda, ale i inne krawieckie wydawnictwa (na przykład pojedyncze wykroje Simplicity, McCall's czy Butterick, które zawierają bardzo szczegółowe i jasno przedstawione obrazkowe instrukcje) oraz wskazówki znalezione w sieci. Niezastąpiony okazał się również stały kontakt z rodzicielską bazą.

A wspominam o tym wszystkim nie tylko z okazji ósmej rocznicy (co roku się dziwię, że aż tyle w tym krawieckim świecie wytrwałam), ale w związku z licznymi prośbami o polecenie kursów. Niestety, nie jestem w stanie Wam tu w ogóle pomóc, bo sama nigdy z tego typu wspomagania nie korzystałam. I naprawdę nie wiem, czy kursy w ogóle mają sens, bo wszystkich potrzebnych mi technik krawieckich nauczyłam się w domu metodą prób i błędów.

Przypomnę jednak to, o czym wspominałam już na blogu i staram się napisać każdej z pytających mnie o krawieckie szkolenia osób. Jeśli uczestnictwo w takim kursie wydaje się Wam niezbędne, rozglądajcie się za miejscami, które prowadzą zajęcia od lat, a w sieci i/lub wśród Waszych znajomych cieszą się dobrą opinią. Niestety, rynek wyczuł biznes w powracającym do polskich domów krawiectwie i zdarza się, że oferowane zajęcia są sposobem na wyciągnięcie pieniędzy od zainteresowanych. Dlatego uważajcie na drogie oferty, obiecujące spektakularne efekty (a szczególnie te, które promują kursy zdalne, na przykład na YouTube), wciskające dziwaczne gratisy w zamian za szybką wpłatę czy przesyłane w postaci nachalnego spamu (ja również dostaję je na Facebooku). Dobrzy nauczyciele nie muszą w agresywny sposób zabiegać o uczniów. Przed uiszczeniem jakiejkolwiek opłaty skontaktujcie się z prowadzącym i zapytajcie o jego doświadczenie oraz o szczegółowy program zajęć. Uczciwi organizatorzy nie będą mieli żadnych problemów z odpowiedzią.

Nim ostatecznie pojmiecie decyzję o kursie, zasiądźcie do maszyny, nawleczcie ją zgodnie z instrukcją i spróbujcie wykonać krótkie szwy na kawałku złożonej bawełny. Na początku będzie strasznie (każdy szyjący kiedyś miał wrażenie, że nie ma żadnej kontroli nad prędkością szycia), ale szybko okaże się, że maszyna wcale nie jest taka straszna i nie zrobi nikomu krzywdy, póki celowo  nie podłoży się palca pod igłę!

Trzymam kciuki (wielokrotnie przeszyte, choć nie celowo ;])!

A że ten blog nie samym tekstem żyje, to poniżej zobaczycie sukienkę z łączonych materiałów na mnie. To będzie moja tegoroczna letnia miłość, bo nosi się wybornie!

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Mod, dress, sukienka, kwiaty, flower print, linen, cotton, bawełna, len
[kliknij, aby powiększyć]

Tak mi się jakoś po szafiarsku stanęło:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Mod, dress, sukienka, kwiaty, flower print, linen, cotton, bawełna, len
[kliknij, aby powiększyć]

marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Mod, dress, sukienka, kwiaty, flower print, linen, cotton, bawełna, len
[kliknij, aby powiększyć]

Wersja związana:
  marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Mod, dress, sukienka, kwiaty, flower print, linen, cotton, bawełna, len
[kliknij, aby powiększyć]

I selfie na koniec:
marchewkowa, blog, szycie, sewing, rękodzieło, handmade, moda, styl, vintage, retro, repro, 1950s, 1960s, Wrocław szyje, w starym stylu, Mod, dress, sukienka, kwiaty, flower print, linen, cotton, bawełna, len
[kliknij, aby powiększyć]

Stay tuned, bo kolejna sukienka już się szyje!

🇵🇱
Sukienka: uszyłam sobie
Torebka: prezent od rodziców, Big Star
Pasek: vintage
Buty: Sca'Viola
Okulary: prezent od pana Marchewki, Opposit
Kapelusz: przywiozłam z Malty

🇬🇧
60s style drese: made by me
Shopper bag: a gift from my parents, Big Star
Belt: vintage
Shoes: Sca'Viola
Sunglasses: a gift from Mr Carrot, Opposit
Sun hat: bought in Malta 

18 maja 2018

Hooked on a peeling, czyli 10-dniowe wyzwanie Mokosh

3 raz(y) skomentowano
I can't stop this feeling
Deep inside of me
Mokosh, you just don't realize
What you do to me...

A co takiego zrobił mi Mokosh, a właściwie trzy dogłębnie przetestowane kosmetyki tej firmy, dowiecie się z recenzji, którą znajdziecie poniżej.

Nim jednak zabierzecie się za jej przeczytanie, rzućcie okiem na poprzednią notkę, w której opisałam pierwsze wrażenie. I pamiętajcie, że kosmetyki nakładałam na bardzo suchą i atopową skórę!

marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon
[kliknij, aby powiększyć]


Figa

SKŁAD I INFORMACJE Z ETYKIETY
Ingredients (INCI): Aqua, Coco-Caprylate Caprate, Makadamia Ternifolia Oil, Polyglyceryl-3 Dici-trate/Stearate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Isostearyl Isostearate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Glycerin, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Adansonia Dig-itata Seed Oil, Stearyl Alcohol, Cellulose, Xylitylglucoside, Xanthan Gum, Anhydroxylitol, Xyli-tol, Ficus Carica (Fig) Fruit Extract, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Extract, Linum Usitatis-simum (Linsed) Seed Extract, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Tocopherol, Benzoic Acid, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Parfum, Cou-marin, Linalool.

Opakowanie zawiera 60 ml produktu. Krem po otwarciu należy zużyć w ciągu 3 miesięcy.

APLIKACJA
Produkt nakładałam na twarz dwa razy dziennie (oczywiście pomijałam dni, w których stosowałam balsam brązujący) - rano i wieczorem - za pomocą rączki plastikowej łyżeczki. Nie lubię wkładać palców do produktów, których termin ważności i tak jest bardzo krótki.

Konsystencja kremu jest bardzo gładka, jednolita i charakteryzuje się dużym poślizgiem, co sprawia, że wystarczy naprawdę odrobina - zastanawiam się nawet, czy w ciągu 3 miesięcy można zużyć cały słoiczek. A słodki figowo-waniliowy zapach, o którym wspominałam w poprzedniej notce, ulatnia się bardzo szybko i w żaden sposób nie drażni.

marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon
[kliknij, aby powiększyć]

OCENA
Jak producent napisał, tak produkt zrobił. Patrząc na skład, przewidywałam, że mokoszowy krem poradzi sobie z moją skórą, gdyż z doświadczenia wiem, że świetnie reaguje ona na olej jojoba, olej ze słodkich migdałów i ekstrakt z bawełny,  ale że nie będzie się tu do czego przyczepić, to nie!

Wiecie, jak to jest, od pewnego wieku człowiek budzi się rano z twarzą przypominającą zgniecionego kapcia (a przynajmniej człowiek o bardzo suchej cerze). Naturalny krem z figą, nakładany wieczorem, świetnie poradził sobie z tym kapciem, bo bez problemu utrzymuje nawilżenie przez całą noc. A nie jest to wcale takie oczywiste, bo wiele kremów całkowicie się tu nie spisuje i zmusza mnie do nocnego smarowania twarzy, w celu zniwelowania uczucia ściągnięcia i pieczenia. A w przypadku tego produktu wyczuwalne natychmiast po aplikacji wygładzenie, intensywne nawilżenie i lekkie natłuszczenie trwa przez kilkanaście godzin. Również pod makijażem (sic!) - co dla mnie jest objawieniem, gdyż każdy puder/podkład/krem BB ekspresowo wysusza moją skórę i zwykle pod nie stosuję czysty olejek, na przykład ze słodkich migdałów lub pestek winogron.

Muszę się również całkowicie zgodzić z zapewnieniami producenta o działaniu kojącym, łagodzącym podrażnienia i regenerującym, gdyż krem w pierwszym dniu jego stosowania skutecznie zlikwidował przesuszone i już zaczerwienione placki skóry (świetni kandydaci na AZS), które postanowiły zagościć na moim policzku - a tym samym ładnie wyrównał koloryt skóry.

Czy krem odmładza i poprawia owal twarzy? Tego niestety nie wiem, bo na szczęcie na razie na mojej twarzy zmarszczek brak (poza zmarszczkami mimicznymi na czole, które mam właściwie od zawsze), a na owal twarzy również nie narzekam. Zresztą działania przeciwzmarszczkowego i tak nie można oczekiwać po 10 dniach stosowania.

Krem został też przetestowany przez pana Marchewkę, który stwierdził, że po aplikacji "nadal ją [twarz] ma", co oznacza, że figa zasługuje na:

★★★★★, czyli BOSKI



Pomarańcza z cynamonem (i z marchewką!)

SKŁAD I INFORMACJE Z ETYKIETY
Ingredients (INCI): Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Decyl Cocoate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Cetearyl Alcohol, Dihydroxyacetone, Sorbitol, Glycerin, Glyceryl Stearate SE, Rhus Verniciflua Peel Cera, Trehalose, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Adansonia Digitata (Baobab) Seed Oil, Cetearyl Glucoside, Benzyl Alcohol, Vitex Agnus Castus (Chasteberry) Extract, Acetyl Tyrosine, Stearic Acid, Daucus Carota Sativa (Carrot Tissue) Oil, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Flower Extract, Xanthan Gum, Tocopherol, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Dehydroacetic Acid, Parfum, Benzyl Alcohol, Cinnamal, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Limonene, Linalol.

W opakowaniu znajduje się 180 ml balsamu. Należy go zużyć w ciągu 6 miesięcy.

PIERWSZA APLIKACJA
Poszła gładko! Gładka kremowo-żelowa konsystencja balsamu pozwoliła na dokładną aplikację przy użyciu niewielkiej ilości produktu. Nałożenie go na dokładnie złuszczone ciało (użyłam w tym celu rękawicy kessa, a nie peelingu Mokosh, gdyż pozostawia on po aplikacji grubą warstwę masełka) zajęło mi ok. 25 minut. Tuż po aplikacji wyczuwalny był bardzo intensywny zapach pomarańczy, który stopniowo przeistaczał się w cynamonową woń. Produkt lekko rozgrzał skórę. Nie jest to jednak zasługa cynamonu, gdyż mamy go tu jedynie w postaci aromatu.

Po około 10 godzinach i smacznie przespanej nocy skóra nabrała ciemniejszego i całkiem ładnego odcienia (ledwo widocznego, ale jednak!). Co najlepsze, stwierdziłam całkowity brak przykrego zapachu spalenizny (nie mówiłam jednak hop, bo to pierwsza aplikacja, która zwykle u mnie jest bezwonna) oraz brak smug i przebarwień na partiach, które ulegają u mnie najszybszemu przesuszeniu.

DRUGA APLIKACJA
Dihydroxyacetone (DHA) wysoko w składzie sugerował jednak, że tak charakterystyczny dla większości samoopalaczy zapach przypieczonego bekonu (wytwarzany w trakcie reakcji chemicznej DHA z aminokwasami znajdującymi się w naskórku) również tu może się pojawić. I tak faktycznie stało się następnego dnia testów, przy drugiej aplikacji produktu Mokosh. Niestety, po godzinie od nałożenia balsamu moja skóra zaczęła się "smażyć". Bardzo intensywny zapach (wyczuwany nie tylko przeze mnie, ale i przez pana Marchewkę) pozostał ze mną przez całą noc - nie powiem, żeby dobrze mi się z nim spało - i dzień.

Ta kolejna warstwa produktu nadała skórze zdecydowany, ale całkowicie pozbawiony smug kolor - raaaczej pomarańczowo-brązowy, a nie typowy dla mnie oliwkowo-brązowy. Najbardziej suche obszary ciała, mimo dokładnego peelingu, przybrały nieco ciemniejszy odcień. To jednak w moim przypadku jest normalne i wstępuje zawsze po aplikacji produktów samoopalających. Najprawdopodobniej u osób, których natura nie wyposażyła w tak ekstremalnie suchą skórę, w ogóle ten problem się nie pojawi. Nagromadzenie barwnika udało mi się jednak usunąć przy pomocy żurawinowego peelingu Mokosh, zaś nietypowy dla mnie pomarańczowo-brązowy odcień zniknął po trzech kąpielach.

Po dwóch aplikacjach, a przed wykonaniem peelingu usuwającego przebarwienia:
marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon
[kliknij, aby powiększyć]

TRZECIA APLIKACJA
Brak, choć miała być. Delikatne zabarwienie skóry utrzymuje się do dziś (18.05.2018) i na razie nie wymaga poprawek.

OCENA
Mimo że nie jest to produkt, który nie do końca współgra z moim ciałem i jeszcze nie wiem, czy będę go regularnie stosowała, to muszę docenić jego zalety:
  • balsam jest niesamowicie wydajny (TRZEBA go jednak zużyć w ciągu 6 miesięcy po otwarciu, gdyż rozkład DHA skutkuje wytworzeniem formaldehydu), a kolor utrzymuje się przynajmniej 9 dni (liczę od drugiej aplikacji),
  • szybko się wchłania i nie brudzi odzieży ani pościeli,
  • przez pierwszą godzinę zapach skóry jest wręcz obłędnie smaczny,
  • produkt może delikatnie zabarwić wnętrze dłoni podczas aplikacji. Nie jest to jednak tak znaczący problem, jak w przypadku drogeryjnych samoopalaczy, gdyż po kilku myciach rąk żółtawy odcień znika. Podobnie łatwo usunąć jego nadmiar na przesuszeniach,
  • i najważniejsze - nie tworzy smug i nie wysusza skóry!

Co do minusów, czyli intensywnego zapachu przypieczonego bekonu i uzyskanego pomarańczowego odcienia, to warto pamiętać, że jest to kwestia całkowicie indywidualna.

★★★★☆, czyli OK



Żurawina

SKŁAD I INFORMACJE Z ETYKIETY
Ingredients (INCI): Maris Sal, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Vaccinium Macrocarpan (Cranberry) Seed Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Vaccinium Macrocarpan (Cranberry) Seed, Jojoba Esters, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Glycerin, Oenothera Biennis (Evening Primrose) Seed Oil, Parfum, Limonene, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil.

Słoiczek zawiera 300 g produktu. Peeling należy zużyć w ciągu 6 miesięcy.

APLIKACJA
W ciagu tych 10 dni żurawinowego peelingu Mokosh użyłam kilka razy na całe ciało, a nawet twarz (w jej przypadku używałam porcji wielkości ziarenka grochu). 

Pierwsza aplikacja przyprawiła mnie o lekką konsternację, gdyż niewielka ilość peelingu nałożona na mokrą skórą od razu się rozpuściła, pozostawiając warstwę masła shea i olejku żurawinowego. I gdzie to złuszczanie? Dopiero pan Marchewka (który chętnie wziął udział w testach produktu, a wszystko przez cudownie owocowy zapach) odkrył, że trzeba wziąć więcej niż odrobinę - czubata łyżeczka (ok. 10 gramów produktu) to minimum na większą partię ciała - i wmasować w suchą skórę. Takie dozowanie daje nam ok. 30 aplikacji produktu. Musimy więc się bardzo sprężyć, aby zużyć kosmetyk w wyznaczonym czasie, gdyż producent zaleca wykonanie zabiegu złuszczania tylko raz na tydzień. Dla dwóch osób będzie jednak w sam raz.

Składniki peelingujące, czyli sól oraz nasionka żurawiny są tu zawieszone w gęstym, tłustym kremie, na którego powierzchni wytrąca się olejek, a więc przed zaczerpnięciem porcji peeling warto dobrze wymieszać. Robiłam to oczywiście plastikową łyżeczką. Dzięki składnikom natłuszczającym kosmetyk gładko sunie po ciele i dobrze się go trzyma (niektóre peelingi mają tendencję do odpadania od skóry).

marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon
[kliknij, aby powiększyć]

OCENA
Wow! Pierwszy raz mam do czynienia ze skutecznym, ale delikatnym peelingiem, który pozostawia skórę wypolerowaną, gładką i jednocześnie mocno natłuszczoną. Nie trzeba się martwić o natychmiastowe nałożenie kremu czy balsamu (jak ma to miejsce w przypadku peelingów pozbawionych tłustej bazy). Produkt bez podrażniania skóry świetnie radzi sobie z przesuszonym i łuszczącym się naskórkiem również na twarzy. Nie zanotowałam żadnego pieczenia czy zaczerwienienia. Aplikacje uprzyjemnia cudowny zapach produktu - aż się człowiek ślini - który na długi czas wypełnia łazienkę.

Jak wcześniej wspomniałam, peeling równie świetnie poradził sobie z usunięciem przebarwień powstałych po zastosowaniu balsamu brązującego.

CO MYŚLI PAN MARCHEWKA
Tak, tak, faceci też używają peelingu, zwłaszcza jak mają np. problemy z mieszkami włosowymi. Jako że lubię naturalne owocowe zapachy (nie, zmywalny kosmetyk nie musi pachnieć świeżo zarżniętym piżmowcem, żeby był zdatny dla mężczyzn), chętnie sięgnąłem po zaoferowany przez Marchewkową peeling. I tu zaskoczenie - działa zupełnie inaczej, niż do tej pory używane peelingi cukrowe. Nie odkleja się od skóry, ale też nie daje się go rozsmarować na dużej powierzchni. Trzeba się do tego punktowego stosowania przyzwyczaić, ale jak już się przywyknie, odkrywa się, że jest skuteczniejszy - nie marnuje się peelingu, a po starciu na skórze zostaje ochronna powłoka z oleju żurawinowego i masła shea. Z jednym się nie zgodzę - Marchewkowa pisze, że peeling jest delikatny. Nie jest to do końca prawda… a raczej nie musi być. I to super, bo delikatne kobietki mogą sobie go delikatnie wklepać, a twardzi jak skóra nosorożca faceci mogą skorzystać z mocy żurawinowych pestek, by dać skórze naprawdę solidny wycisk. Wow!  

Może to oczywiste, ale i tak napiszę: absolutnie nie używać na tatuaż! Ani świeży (sól na ranę… kiepski pomysł), ani na zagojony (nie chcemy go brutalnie zetrzeć żurawiną).

Zgadzam się, z Marchewkową: 
★★★★★, czyli IDEAŁ



Ten 10-dniowy kontakt z kosmetykami Mokosh był naprawdę ciekawym doświadczeniem, bo znalazłam wśród nich bezpieczne dla atopowej skóry produkty, o których zakup z pewnością się pokuszę, szczególnie że pojawiły się w drogeriach LilaRóż i teraz są akurat przecenione! A gdyby komuś marzyła się próbka, to można ją nabyć za pośrednictwem maila (sklep@mokosh.pl). 30 ml produktu kosztuje 18 zł (+ 14 zł wysyłka). Wszystkie produkty marki Mokosh można będzie również przetestować już jutro na targach Slow Weekend w Warszawie (ul. Mińska 65).

marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon marchewkowa, blog, recenzja, kosmetyki naturalne, Mokosh, bez chemii, balsam brązujący, krem do twarzy, peeling, figa, żurawina, pomarańcza, cynamon
[kliknij, aby powiększyć]
SaveSave