21 października 2015

Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się

21 raz(y) skomentowano
Polski rynek zalewa tandeta.

Zaczynają dominować na nim sklepy, które z wciskania tej tandety zrobiły sobie niezły biznes. Tylko nieliczni sprzedawcy znają polskie prawo i biorą odpowiedzialność za sprzedawany badziew. Niestety, większość skutecznie ulatnia się po wzięciu od klienta pieniędzy, czyniąc w biurach miejskich rzeczników praw konsumenta istny sajgon (coś o tym z panem Marchewką wiemy).

Od lat największych zakupów dokonuję w sieci (głównie na Allegro) i bez obaw robiłabym to nadal, gdyby nie pewna zatrważająca zmiana. W ciągu ostatnich kilku miesięcy praktycznie każdy mój zakup kończył się porażką i reklamacją. Zamówione produkty docierały (a czasem w ogóle nie docierały) do mnie nie takie jak na zdjęciach, uszkodzone albo z wadami ujawniającymi się przy pierwszym użyciu. Na moje nieszczęście ani cena towaru, ani dokładne sprawdzenie sklepu i opinii na jego temat nie gwarantowały udanego zakupu. Zaś wszelkie próby reklamacji czy zwrotu dezintegrowały ich właścicieli.

Nie ma co udawać, że sprzedawcy wystawiający swoje oferty w internecie nie mają pojęcia, co tak naprawdę sprzedają. Zwykle ich działanie jest celowe, a "klient nasz pan", póki płaci i niczego więcej nie chce. I tak od półtora miesiąca ciągnie się sprawa mojej maszyny, która nie dość, że od razu się zepsuła, to okazała się nie być tym, czym miała być według zapewnień sprzedawcy. Po drodze trafiłam na kilka nienadających się do niczego tkanin (rwących się niczym papier) i dodatków krawieckich, jeansową kurtkę pachnącą - że to tak delikatnie ujmę - odchodami oraz rozpadający się plecak i torbę plażową (te dwie rzeczy kupione akurat stacjonarnie). Zaś pan Marchewka walczy o odzyskanie pieniędzy za niezgodny z opisem panel do telefonu.

W konsekwencji każdy zakup wiąże się teraz dla mnie z ogromnym stresem, bo od razu przewiduję najgorsze.

Cześć sklepów świadomie liczy na niechęć kupującego do reklamacji, bo wiadomo, że przyjemne i szybkie to w zasadzie nigdy nie jest. Niskie koszty towaru czy kolejny z rzędu nieudany zakup (nikt przecież nie chce wyjść na pieniacza) zniechęcają do walki o własne prawa. Jednak mój ostatni dość intensywny kontakt z UOKiK-iem i miejskim rzecznikiem praw konsumenta uświadomił mi, że naprawdę nie warto odpuszczać, bo każde bierne zachowanie konsumenta utwierdza nieuczciwych sprzedawców w przekonaniu, że oszustwo popłaca.



Na deser moje zdjęcia z plaży w sycylijskim Trapani. Mimo że wyszły ładnie, pogoda tego dnia zdecydowanie nie dopisała - wiał potężny wiatr, a woda była lodowata. Nie udało nam się popływać, choć próbowaliśmy.

Na pewno zwrócicie uwagę na czepek. Niestety, zalicza się on do wspomnianych bubli. Już przy pierwszym użyciu zaczął się rozpadać - dość słabawe słońce podtopiło cienką gumę kwiatów i klej, a uszczelka popękała. Jeśli traficie na taki na Allegro - nie wydawajcie niepotrzebnie pieniędzy. Ich jedyny sprzedawca nie uwzględnia reklamacji!

marchewkowa, szycie, krawiectwo, blog, retro, vintage, styl, 1950s, plaża, beach, summer, sea, burda, capri, skirt, spódnica, panache, britt
marchewkowa, szycie, krawiectwo, blog, retro, vintage, styl, 1950s, plaża, beach, summer, sea, burda, capri, skirt, spódnica, panache, britt
marchewkowa, szycie, krawiectwo, blog, retro, vintage, styl, 1950s, plaża, beach, summer, sea, burda, capri, skirt, spódnica, panache, britt, pracownia marchewkowej, tu się szyje, wrocław
[kliknij, aby powiększyć]
Fot.: pan Marchewka

PL 
Czepek: BECO (Unikać! Pęka i rwie się przy pierwszym użyciu.)
Kostium: Panache Britt (mój ulubiony)
Spódnica: uszyłam sobie na podstawie wykroju Capri z Burdy Vintage 2014
Wiązana bluzka z ostatniego zdjęcia: lumpeks

EN 
Swim cap: BECO (Avoid! Very poor quality.)
Swim suit: Panache Britt 
Skirt: made by me, Burda Vintage 2014 - Capri
Tie-front blouse: second-hand shop