25 lutego 2013

Pan Marchewka przedstawia: pogaduchowy hejt tetryka

12 raz(y) skomentowano
Po raz piąty (a nie czwarty, wbrew zapewnieniom organizatorów*) spotkali się wrocławscy blogerzy, tym razem goszcząc liczną reprezentację blogerów z reszty świata. Tradycja więc nie dość, że trwa, to się rozwija, a pół dziesiątki to dobry moment na podsumowanie. Uprzedzam: będę się czepiał – ale dlatego, że chciałbym, żeby następnym razem było lepiej. Bo tak: organizatorzy naprawdę się przyłożyli, jak zwykle zresztą (szacun za tłumaczenie napisów po nocy), pomysł był super... ale diabeł tkwi w szczegółach, a szczegóły można i trzeba poprawić.
 
Pogaduchy, 23.02.2013, spotkanie blogerów, Wrocław, kino Nowe Horyzonty, reklama, prelekcje
[kliknij, aby powiększyć]

Co było dobre:
1. Wino – czerwone Jacob’s Creek jak zwykle stanęło na wysokości zadania. To wino ma w sobie wszystko, za co wino lubię.

2. Towarzystwo – jak zwykle mnóstwo ciekawych ludzi, co to piszą ciekawe blogi... tyle że  okazji do poznania nowych osób mało (patrz niżej)

3. Tematyka spotkania – ale z wykonaniem trochę gorzej (też patrz niżej).


Co było do poprawki:
1. Brak dobrej kawy. Przez co oboje z Marchewkową, jako rasowi kofeiniści, nabawiliśmy się bólu łbów wskutek odstawienia ulubionej używki i zamiast na aftera udaliśmy się home, żeby uzupełnić braki kofeiny w organizmach.

2. Żarcie – to, co było, było super (mikrokanapeczki ze szpinakiem i bajgle rządzą!), ale było go jak na lekarstwo.  I nie chodzi mi o to, że ma być za friko. Zdecydowanie wolę wersję z pogaduchowej knajpy, gdzie i owszem, żarełko trzeba kupić, ale jest tanie, pyszne i jest go dużo. Kanapki za 6 zł podawane przez naburmuszone pannice z Heliosa to troszkę za mało.

3. Sektory – nie wiadomo, po co w ogóle były, skoro blogerzy i tak łazili po całym piętrze, czasu na zasiadanie na wyznaczonych miejscach zabrakło i właściwie nie było warunków, żeby nawiązać jakieś nowe znajomości (pewnie więcej takich okazji było na afterze, na który – jako się rzekło – się nie dowlekliśmy, ale z doświadczenia wiem, że z rozmowami w hałaśliwych knajpach jest różnie).

4. Film – słusznie prawi Manki – film był chaotyczny i przez to cokolwiek nudny. Owszem – były świetne kawałki (zwłaszcza wypowiedzi kalifornijskich Lee Clowa czy Dana Wiedena i historia 1984 Apple), ale przez brak fabuły czy choćby myśli przewodniej nijak nie można było tego złożyć do przysłowiowej kupy. Żeby chociaż przed filmem padło słowo wstępne wyjaśniające – jak doczytałem sobie potem na Wiki – że film omawia dokonania osób zaangażowanych w “kreatywną rewolucję w reklamie, jaka miała miejsce w latach 1960.”, to wiedziałbym, jak to ogarnąć. Tego zabrakło. Może następnym razem jakiś bardziej poukładany film? Na przykład Helvetica albo Objectified, czy wreszcie klasyczna już fabuła Pirates of Silicon Valley? Albo coś dla miłośników lub hejterów Apple – Welcome to Macintosh lub MacHeads? Żeby nie było, że tylko marudzę, w razie czego oferujemy pomoc przy tłumaczeniu napisów!
 
5. Najważniejsze zostawiłem na koniec. Brak interakcji. Z pogaduch zrobiły się wykładuchy, a chyba nie o to chodziło. Sala dorwała się do głosu tylko podczas debaty, a i to na krótko, bo trzeba było kończyć (beznadziejne zarządzanie czasem, niestety). A tymczasem prawie wszystkie wystąpienia na większym udziale widzów mogły tylko zyskać:

– Pani Marta z Lemon Sky mogłaby dowiedzieć się, co myślą blogerzy o reklamodawcach – co najmniej w dwóch punktach, o których wspomniała, nasze doświadczenia z marchewkowego bloga są całkiem inne od jej (i nie dlatego, że patrzymy z drugiej strony, tylko dlatego, że reklamodawcy zachowują się czasem całkiem inaczej). Szkoda też, że nie pogadaliśmy przy okazji o etyce reklamy na blogach.
– Andrzej z JestKultura wypadłby naturalniej, gdyby ktoś go odpytywał. O ile wspomnienia z Portugalii były fascynujące, o tyle opowiadanie “jakiego to fajnego trendbuka zrobiłem” zabrzmiało śmiesznie. Nie czepiam się Andrzeja – taką mu narzucono formę, co miał biedak zrobić?
– Prelekcja Oli ze stowarzyszenia Moje Miasto A w Nim była ciekawa, ale już debata to typowe bicie piany. Wiadomo, że jest źle, wiadomo, że coś trzeba zrobić, nikt nie wie, co (prócz tego, co już jest robione i nie wychodzi). Może przy udziale reszty blogerów i prawdziwej dyskusji można by wymyślić, co można zrobić, a nie tylko gadać po próżnicy. Jedyną nową i sensowną propozycją była ta z sali, dotycząca zaangażowania małych wspólnot lokalnych.
– Aż się prosiło o dyskusję po filmie – zderzenie etyki reklamowej pionierów z lat ’60. zeszłego wieku ze współczesnością było piorunujące i szkoda, że nie można było tego skomentować.

Pogaduchy, 23.02.2013, spotkanie blogerów, Wrocław, kino Nowe Horyzonty, reklama, prelekcje
 [kliknij, aby powiększyć]

Ergo: gdyby imprezę zacząć godzinę wcześniej, skończyć godzinę później i pozwolić blogerom się wygadać, mogłoby być o wiele ciekawiej. Do Gdańska nam jeszcze daleko... ale pierwszy krok został zrobiony.

A, Manki ma rację, żelki Frugo biją Haribo na głowę

To pisałem ja, pan Marchewka.


* Pierwsze i drugie pogaduchy – w Pogaduchach, trzecie – w Heliosie (tam nie dotarliśmy), czwarte – w Pogaduchach, na koniec świata i piąte – te ostatnie.

18 lutego 2013

1968: Odyssee im Weltraum

51 raz(y) skomentowano
W zeszłym tygodniu udało mi się kupić Burdę Moden z kwietnia 1968 roku (w tym samym miesiącu do kin weszła Odyseja Kosmiczna: 2001 :>). To jeden z numerów, na który polowałam od dawna, co sprawia, że ten zakup cieszy mnie, jak żaden.

Moda z drugiej połowy lat sześćdziesiątych była wyjątkowa i do tej pory traktowana jest jako dziwaczna. W tym czasie zrezygnowano już z mocno dopasowanej talii i obszernych halek na rzecz wielu detali - kieszeni o przeróżnych kształtach, patek, wszelkich możliwych zapięć, pasków, zamków, kontrafałd, stójek i troczków. Pozornie proste modele były cięte na wszystkie możliwe sposoby, a poszczególne elementy wykroju miały różnorakie kształty (szczególnie lubowano się w trójkątnych klinach).

Burda z tamtych lat odrobinę różniła się od tej współczesnej. Przede wszystkim format był nieco większy. Każdy model był dostępny w jednym, a czasem dwóch rozmiarach. Instrukcje były uproszczone (nie zawierały dokładnie opisanych etapów szycia), a rozmiarówka szersza i lepiej dostosowana do kobiecej figury.  Rozmiary zaczynały się od malutkiego 36, a kończyły na 54. Między 38 a 40 znajdował się rozmiar 38/40. Do tego niektóre modele produkowano również w rozmiarach pośrednich (43, 45, 47, 49, 51) oraz tych dla nastolatków (T36, T38, T40), które różniły się znacznie od dziecięcych.

Co praktycznie w ogóle nie uległo zmianie, to reklamy i artykuły na temat urody oraz gospodarstwa domowego. Mimo że teraz za nimi nie przepadamy, to dzielnie od kilku dekad utrzymują swoją pozycję w magazynie ;].

marchewkowa, blog, moda, fashion, Burda 4/1968, szycie, krawiectwo, sewing, retro, vintage, wykroje, modele, stare wydanie, 60s
[kliknij, aby powiększyć] 
 
marchewkowa, blog, moda, fashion, Burda 4/1968, szycie, krawiectwo, sewing, retro, vintage, wykroje, modele, stare wydanie, 60s
[kliknij, aby powiększyć] 

Już nie mogę doczekać się szycia, a niestety mam do skończenia kilka rzeczy (w tym płaszcz pana Marchewki!). Z pewnością zacznę od modelu 7229, czyli tego po lewej na poniższym zdjęciu. To akurat mój rozmiar!

marchewkowa, blog, moda, fashion, Burda 4/1968, szycie, krawiectwo, sewing, retro, vintage, wykroje, modele, stare wydanie, 60s
[kliknij, aby powiększyć] 

marchewkowa, blog, moda, fashion, Burda 4/1968, szycie, krawiectwo, sewing, retro, vintage, wykroje, modele, stare wydanie, 60s
[kliknij, aby powiększyć] 
 
Jeśli ktoś myślał, że współczesne arkusze z wykrojami są nieczytelne, to po spojrzeniu na arkusz z 1968 roku od razu zmieni zdanie. Już widzę, że przebrnięcie przez wyłącznie zielone i czerwone linie będzie koszmarem.

marchewkowa, blog, moda, fashion, Burda 4/1968, szycie, krawiectwo, sewing, retro, vintage, wykroje, modele, stare wydanie, 60s
[kliknij, aby powiększyć] 

Całe wnętrze kwietniowego numeru znajdziecie na tej stronie.

11 lutego 2013

Vive la France!

51 raz(y) skomentowano
W sobotę wybraliśmy się panem Marchewką na urodziny znajomego. Urodziny były to wyjątkowe, bo trzydzieste, więc znajomy postanowił, że impreza będzie tematyczna. Padło na klimaty francuskie! Wystarczył niebiesko-biało-czerwony akcent kolorystyczny, ale oczywiście my nie mogliśmy sobie odmówić przebrania (czy ktoś jeszcze pamięta marchewki-zombie?) i zjawiliśmy się na miejscu jako Coco Chanel i stereotypowy przedstawiciel francuskiej bohemy :>.

Pan Marchewka od początku wiedział, co na siebie założy i jakie akcesorium będzie dzierżył w dłoni. Ja chciałam swój strój uszyć - w końcu ostatnia Burda dostarczyła nam kilka pięknych modeli w stylu Coco - ale ostatecznie wyciągnęłam z szafy pudełkowy żakiet w paski i wyprodukowaną dwa lata temu tulipanową spódnicę (jest nie do zdarcia).

Przed wyjściem udało nam się zrobić takie zdjęcia:

marchewkowa, blog, impreza, coco chanel, francja, przebranie, spódnica 115, Burda 10/2010, retro, vintage, szycie, krawiectwo, pan marchewka, czerwony beret, Vive la France marchewkowa, blog, impreza, coco chanel, francja, przebranie, spódnica 115, Burda 10/2010, retro, vintage, szycie, krawiectwo, pan marchewka, czerwony beret, Vive la France marchewkowa, blog, impreza, coco chanel, francja, przebranie, spódnica 115, Burda 10/2010, retro, vintage, szycie, krawiectwo, pan marchewka, czerwony beret, Vive la France marchewkowa, blog, impreza, coco chanel, francja, przebranie, spódnica 115, Burda 10/2010, retro, vintage, szycie, krawiectwo, pan marchewka, czerwony beret, Vive la France
[kliknij, aby powiększyć] 

W NOTCE UDZIAŁ WZIĘLI 

Coco Chanel:
włosy (finger waves + pin curls) i makijaż na podstawie książek Style Me Vintage Hair i Make-up
(można je nabyć na Amazonie: Style Me Vintage - Hair i Style Me Vintage - Make-up)
żakiet w paski: H&M
spódnica: uszyłam sobie - model 115, Burda 10/2010
buty: CCC
perełki: KappAhl
naszyjnik z czarnych koralików: Tchibo (prezent od rodziców)
torebka: Baron (prezent od rodziców) 

stereotypowy przedstawiciel francuskiej bohemy:
damski beret: H&M
koszula w kratę: HUMöR
sztruksy: C&A
bagietka: Carrefour


PS Po piątkowo-sobotniej awarii Flickra wszystkie zdjęcia powinny znaleźć się już na miejscu. Jeśli zauważycie jakieś braki, dajcie znać!

9 lutego 2013

Such fun!

10 raz(y) skomentowano
W związku z awarią serwerów Flickra, niektóre zdjęcia z zeszłorocznych notek nie będą się wyświetlać (zobaczycie informację o niedostępności obrazu)!

Problem dotyczy wielu kont i miejmy nadzieję, że zostanie szybko rozwiązany.

8 lutego 2013

Marchewkowa recenzuje: Kosmetyki Mariza, cześć 2

15 raz(y) skomentowano
Pamiętacie jeszcze notkę o kosmetykach Marizy? Oto kolejna partia kosmetyków, które miałam przyjemność nakładać na i wklepywać w marchewkową skórę.

Mariza, part 2
[kliknij, aby powiększyć]

Zacznijmy od lakierów, które poprzednim razem okazały się wielkim hiciorem. Aż nabyłam kilka sztuk dla przyjaciółki (jest z nich równie zadowolona).

Lakier Brilliant o numerze 7689 (chłodny, przydymiony róż) okazał się równie trwałym i wydajnym bratem wersji mini. Tu także do całkowitego pokrycia płytki paznokcia wystarczy jedna warstwa (widoczna na zdjęciu powyżej)!  Kolor na paznokciach jest zgodny z tym, co widzimy w buteleczce i w katalogu. Mimo brokatu (lśniące drobinki są naprawdę mikroskopijne) - nienachalny. To zdecydowanie mój lakier na co dzień. Schnie niezwykle szybko, nie wymaga użycia przyśpieszacza i, wbrew pozorom, bardzo łatwo go zmyć (dobrze wiem, jaki opór czasem stawiają brokatowe drobinki).

Trwałość lakieru możemy przedłużyć, pokrywając paznokcie porcelanowym preparatem z ceramidami (nr 6604). U mnie bez odprysków przetrwały 5 dni! Sam preparat nadaje płytce mleczny odcień i mocno ją wygładza. Wszelkie nierówności znikają w okamgnieniu. Dodatkowo świetnie zabezpiecza płytkę przed rozdwajaniem, które u osób szyjących jest częste.

Mariza, part 2
[kliknij, aby powiększyć]

W przesyłce znalazła się również pomadka ochronna cappucino - 2622. Pan Marchewka w ostatniej chwili powstrzymał mnie przed jej pochłonięciem, bo słodki zapach i kawowy smak sprawiają, że ma się ją ochotę skonsumować.
Pomadka bardzo ładnie natłuszcza moje spierzchnięte usta (w trakcie szycia pracuję językiem ;-]), wygładza i opóźnia ponowne pojawienie się wysuszonych skórek. Ale to nie wszystko, nadaje wargom perłowo-złoty blask. Miodnie, a właściwie kawowo!
Kosztuje zaledwie 4,70 zł. A w kolekcji znajdziemy również inne wersje smakowe - poziomkę (i perłową, i matową) oraz wiśnię i pomarańczę.

Wodoodporny eyeliner - chłodny brąz (5340) to produkt, który spełnia wszystkie obietnice producenta. Wodoodporny jest i to bardzo (po kilku godzinach płyn do demakijażu może mieć problem z jego usunięciem).  Nie ulega rozmazaniu nawet w przypadku mocno opadających powiek. Kolor to faktycznie chłody, ciemny brąz, pozbawiony jakichkolwiek rozświetlających drobinek. Nie posiada również metalicznego efektu, jak na przykład popularny brązowy eyeliner firmy Wibo. Końcówka jest precyzyjna - ułatwia nałożenie prostej, cienkiej linii. Ten eyeliner pojawił się już na zdjęciach, chociaż niekoniecznie go widać - wszystko przez moje niesforne powieki i aparat, który nie widzi makijażu.
 
Mariza, part 2
[kliknij, aby powiększyć]

No to kremy!
Łagodzący krem z ekstraktem z bawełny (w składzie ma również aloes, kolagen, masło shea) o numerze 5432 to wyjątkowo lekki i puszysty (jak pianka) produkt.  Po zetknięciu ze skórą szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Bardzo ładnie wygładza marchewkową paszczę i świetnie nadaje się pod makijaż. Zapach jest delikatny i szybko zanika.

Nagietek (nr 3216) to krem wygładzający dla naprawdę suchej cery. Jest gęsty i, uwaga, dosyć ciężki. Na twarzy pozostawia tłustawą warstewkę, która wchłania się około godziny, co dla mnie jest ogromnym plusem - pozostawia długotrwałe uczucie nawilżenia i odżywienia skóry. Nagietek skutecznie zlikwidował zaczerwienia i miejscowe przesuszenia. Zapach, podobnie jak u poprzednika, jest delikatny i bardzo roślinny. Aż żałuję, że tak szybko ucieka.

Oba kremy nie przyprawiły mnie o uczuleniową wysypkę, a to dzięki krótkim i konkretnym składom.

Rozświetlająca baza pod makijaż o numerze 5708 jest dla mnie objawieniem. W buteleczce wygląda na mocno błyszcząca i wypełnioną drobinkami, a w katalogu na różową. Nic z tego jednak w niej nie znajdziemy. Na skórze twarzy zostawia jedynie delikatny blask, nie mający nic wspólnego z brokatem. Preparat w cudowny sposób wyrównuje wszelkie nierówności i ujednolica koloryt skóry. Znacznie ułatwia nakładanie podkładu i pudru oraz przedłuża jego trwałość. Świetnie spisuje się również jako baza pod cienie i kredki. Nawet u mnie wszystko zostaje na swoim miejscu.
Pachnie podobnie jak inne preparaty do makijażu tej firmy - kwiatowo. 
Solidnie wykonane opakowanie wyposażono w pompkę. Bez problemu możemy ją odkręcić i wydobyć resztki bazy.

Mleczko do demakijażu - ekstrakt z róży (5043) jest kolejnym produktem, który mnie zaskoczył. Tak, jak wspominałam w poprzedniej notce z recenzjami kosmetyków Mariza, twarz myję wyłącznie mocno natłuszczającym mydłem marsylskim, gdyż mleczka czy wody micelarne przyczyniają się do wysuszenia i podrażnienia skóry, a przy tym nieprzyjemnego uczucia pieczenia i ściągnięcia. Produkt Marizy zachował się jednak zupełnie inaczej. Z eyelinerem, o którym wcześniej wspominałam, sobie nie radzi, ale wszystkie pozostałe mazidła zmywa bez problemu. A co najważniejsze - w ogóle nie podrażnia i nie przesusza. Wielki plus należy mu się za przepiękny różany zapach!

Bawełniany krem do rąk (6316) okazał się największym rozczarowaniem. Ładnie pachnie, jego konsystencja jest lekka i szybo się wchłania, jednak działanie jest praktycznie niezauważalne. Skóra moich dłoni jest wrażliwa i mocno przesuszona częstym myciem (w trakcie szycia często szoruję ręce, aby nie pobrudzić tkanin, szczególnie tych, których nie można prac w warunkach domowych). A o tym, co zimno z nimi wyrabia, nie będę już nawet pisać. 
Krem bawełniany, mimo że ochronny, nie zabezpieczył moich dłoni przed dalszym przesuszaniem. Wprawdzie po wchłonięciu skóra jest nieco gładsza, jednak to uczucie znika bardzo szybko, szczególnie kiedy wychodzę na mróz. Odnoszę wrażenie, że konsystencja jest zbyt lekka i za mało natłuszczająca.

Mariza, part 2
[kliknij, aby powiększyć]

Jeśli interesują Was kosmetyki polskiej firmy Mariza zajrzyjcie na stronę konsultantki.
W sprawie zamówień kontaktujcie się z panią Grażyną mailowo.
A tu znajdziecie aktualny katalog.

1 lutego 2013

Gdzie zaszewek osiem, tam model 108 z Burdy 12/2012

42 raz(y) skomentowano
Spódnica o numerze 108 z Burdy 12/2012 (109 to właściwie ten sam model) na pierwszy rzut oka nie wygląda zachęcająco. Wyjątkowo prosta spódniczka, bez jakichkolwiek bajerów, na zdjęciach modelek nie kusi właściwie niczym. Dopiero dokładne przyjrzenie się rysunkom technicznym sprawia, że dostrzegamy w niej potencjał.
A o co chodzi? A o liczbę zaszewek (znak rozpoznawczy odzieży z połowy zeszłego wieku). Jest ich tu aż osiem. Należy więc przypuszczać, że spódnica będzie perfekcyjnie dopasowana do sylwetki. Próbka, którą wykonałam tuż po zakupieniu magazynu, pokazała, że tak faktycznie jest!

Nim zabrałam się za krojenie spódnicy z resztki mięciutkiego bawełnianego welwetu* (większość tkaniny poszła na tę sukienkę, która leży sobie skrojona i nietknięta), zmodyfikowałam nieco wykrój. Przede wszystkim mocno zwęziłam dół, dodałam rozcięcie, a zaszewki przodu zamieniłam na cztery zakładki. Do tych zmian zachęciła mnie okładka Burdy Moden 2/1958.

Szycie poszło ekspresowo, a model wyposażyłam w kolorową podszewkę (widać ją na czwartym zdjęciu). Dół podłożyłam ręcznie, używając satynowej tasiemki. Zgodnie z marchewkową tradycją, spódnica zapinana jest na zamek i duży zatrzask, a guzik to jedynie ozdoba.

Gotowy model leży idealnie i pięknie podkreśla biodra. Jeśli macie ochotę na doskonale dopasowaną spódnicę, to warto wypróbować właśnie ten nierzucający się w oczy wykrój!

Zobaczcie, jak wygląda na manekinie:

blog, szafiarka, szycie krawiectwo, retro, vintage, Burda, wykroje, spódnica ołówkowa, aksamit Piegatex, zakładki, zaszewki, podszewka we wzór, Piegatex blog, szafiarka, szycie krawiectwo, retro, vintage, Burda, wykroje, spódnica ołówkowa, aksamit Piegatex, zakładki, zaszewki, podszewka we wzór, Piegatex
[kliknij, aby powiększyć] 

A jeśli również zabierzecie się  za szycie welwetu*, to warto pamiętać, żeby**:
  • wszystkie elementy kroić w jednym kierunku, w innym wypadku gotowe ubranie będzie miało różne odcienie (zależy to od kierunku włosa);
  • unikać prasowania na prawej stronie, a jeśli już, to tylko pionowo, żelazkiem parowym (para skutecznie odbija włos i można nią uratować wyświeconą tkaninę);
  • używać igły i ściegu do dzianin (specjalny ścieg można zastąpić drobnym zygzakiem), welwet zwykle jest elastyczny (welwety tkane ponoć są rzadkie);
  • podkleić pasek grubą flizeliną lub użyć gurtu/tasiemki rypsowej - bez wspomagania będzie falował;
  • dokładnie obrzucić zapasy - welwet mocno się strzępi i sypie;
  • nie przejmować się drobnymi odgnieceniami, znikną po pierwszym praniu;
  • prać najlepiej ręcznie (włoski są mało odporne na tarcie).
blog, szafiarka, szycie krawiectwo, retro, vintage, Burda, wykroje, spódnica ołówkowa, aksamit Piegatex, zakładki, zaszewki, podszewka we wzór, Piegatex blog, szafiarka, szycie krawiectwo, retro, vintage, Burda, wykroje, spódnica ołówkowa, aksamit Piegatex, zakładki, zaszewki, podszewka we wzór, Piegatex
[kliknij, aby powiększyć] 

Tkaniny (brązowy welwet i kolorowa podszewka): Piegatex (Piegatex na Allegro)
Wykrój: Burda 12/2012, model 108

* Bawełniany welwet zwany jest, ponoć nieprawidłowo, również welurem lub aksamitem. Welur ma jednak dłuższe włosie, a aksamit jest jedwabny lub jedwabno-wiskozowy. Tak przynajmniej twierdzi Encyklopedia Materiałów Odzieżowych.
** Na podstawie moich obserwacji.